Alchemia końca świata – o Cynobrowych Polach

Mam nadzieję, że o debiutanckiej powieści Aleksandry Radlak będzie głośno. Ta książka zasługuje na uwagę nie tylko ze względu na piękną prozę i charakterystyczne postaci, lecz przede wszystkim dlatego, że skłania do refleksji i nie unika zadawania trudnych pytań.

Zacznijmy od scenerii: oto Pięć Królestw, kruchy sojusz przeludnionych krain, w których ostatnie żywe zwierzęta osowiale przechadzają się po pałacach ku uciesze bogaczy, podczas gdy zwyczajni mieszkańcy mogą w najlepszym razie liczyć na harówkę w fabryce. Zalany gumolitem świat znajduje się w istocie pod kontrolą korporacji, skażenie kontynentu przerasta wszelkie wyobrażenie, a „rezerwat” to de facto więzienie dla osób, którym na genetycznej loterii trafił się nieszczęśliwy los. W tym ponurym pejzażu ludzie mieszkają obok Preh’nabh’tuah, zwanych potocznie niebieskimi, zaś za oceanem leży Kamienne Niebo, kraina albenów o delikatnej skórze i spiczastych uszach, którzy wciąż pamiętają masakrę, jakiej dokonali na nich ludzie. Pięć Królestw pełne jest ofiar porwanych podczas wojny: więzionych, wykorzystywanych, poddawanych eksperymentom. Może wydawać się, że w tym układzie kilku kultur i ras to ludzie są sprawcami przemocy, lecz Radlak pokazuje, że rzeczywistości nie da się zamknąć w prostych, jednoznacznych kategoriach.

„Cynobrowe pola” chwalone są za światotwórczy rozmach, co trochę mnie zaskoczyło, bo dostajemy w zasadzie standardowy świat fantasy, choć wzbogacony o korporacje, narkotyki oraz pamięć wojen atomowych. Ale ta wtórność wydaje mi się akurat bardzo ciekawa, bo dzięki niej Radlak wchodzi w dialog z klasyką światowej i rodzimej fantasy. Podważa stereotyp o pięknych (nawet jeśli kłopotliwych) krainach mądrych królów i pokazuje, do czego może doprowadzić to okrzepnięcie fantastycznych światów, które czytelnicy zdają się tak cenić. Świat „Cynobrowych pól” eskaluje kulturowe narracje ludzi i elfów, które — zapewne przez klimat książki — przypominają mi te z pięcioksiągu wiedźmińskiego. U Radlak wielkie założycielskie mity i przekonania o tym, kim jesteśmy i powinniśmy być, stają się własną karykaturą — ksobne, nieskończenie samolubne, dają nie przetrwanie, a zagładę. Fantasy rozumiane jako eskapistyczna bajka zostaje rozliczone w sposób silnie zakorzeniony w tradycji grimdarku, a dzięki rekwizytom zapożyczonym z science fiction krytyka Radlak jest jeszcze ostrzejsza.

Autorka problematyzuje historię, geopolitykę, podejście do produkcji i eksploatacji; wykreowany przez nią świat to świat schyłku, pod pewnymi względami niebezpiecznie podobny do tego, jak może wyglądać nasz własny za kilkadziesiąt lat. Te niuanse nie dotyczą jednak płci i ról płciowych. Piszę o tym, bo to ważny aspekt powieści; z jednej strony świat Pięciu Królestw nakazuje mówić o „autonomicznych jednostkach” (co przywodzi mi na myśl, niestety, straszak na UE, jakim jest „Hel-3” Grzędowicza), z drugiej — płeć bardzo silnie determinuje społeczeństwo i określa to, jak bohaterowie widzą świat. W jednym fragmencie pojawia się wręcz dosłowny opis archetypowego mężczyzny (znów, niestety, bez przyjrzenia się czynnikom wpływającym na powstawanie takich konstruktów). Kobiety, które poznajemy w narracji, są bierne. Wszystkie główne bohaterki doświadczyły uprzedmiotowienia ze względu na płeć, ich wątki i pozycja społeczna są silnie powiązane z ich atrakcyjnością w oczach mężczyzn. Jeśli pojawiają się, choćby pobieżnie, osoby mające jakąkolwiek władzę — można mieć pewność, że będą mężczyznami. Nie ma władczyń, żołnierek, naukowczyń ani szefowych korporacji. Kobiety mogą albo być obiektami seksualnymi (często wbrew swojej woli), albo stanowić motywację dla bohaterów, siedząc w więzieniach lub umierając na choroby. Na ponad pięciuset stronach książki pojawiają się tylko dwie aktywne postaci kobiece piastujące odpowiedzialne stanowiska; jedna nosi męski ubiór, druga — posługuje się męskim tytułem. Świat „Cynobrowych pól” to świat cierpienia kobiet, ale ten aspekt kultury Pięciu Królestw nie zostaje poddany analizie.

Kontynuując temat płci jako płaszczyzny przemocy i władzy, nie można nie wspomnieć o przemocy seksualnej skierowanej przeciwko kobietom, której w powieści jest pełno. Gwałt lub jego groźba stosowany jest z przejmującą lekkością, by wymusić posłuszeństwo; kobiece ciało to w Pięciu Królestwach tani towar. Seksualizacja jest jednak bronią obosieczną — bohaterki wykorzystują to, jak są postrzegane, by zdobywać władzę. Z jednej strony to kolejny w tej książce przykład zdobywania władzy przez tych, którzy byli jej pozbawieni, a jeden z najbardziej poruszających fragmentów dotyczy właśnie kontrastu między ambicjami a uczuciami, które pojawiły się w początkowo bardzo instrumentalnej relacji. Z drugiej — jak na tak wyraźny w książce temat motyw ten został potraktowany dość pobieżnie i zostawił we mnie poczucie, że dla wielu autorów i autorek brutalna mizoginia to po prostu niezbędny budulec grimdarku (podobnie rzecz ma się z pojawiającą się w książce homofobią — obelgami pod adresem zniewieściałych mężczyzn i utożsamianiem homoseksualności ze słabością i złem). Czekam, aż zaczniemy to kwestionować — nie tylko w tekstach krytycznych, ale i w fikcji.

Do tej pory pisałam o świecie, chciałabym jednak przyjrzeć się też postaciom. Zacznę od mojego ulubieńca, Veinera, naukowca i wychowanego przez ludzi albena. Veiner stał się mi bliski przede wszystkim dlatego, że jest naukowcem, jak ja. Poprzez jego wypowiedzi i zachowania Radlak obnaża cały problem nauki Pięciu Królestw: ta nauka jest normatywna, służy wyłącznie utrzymywaniu status quo, ponadto blisko jej do koszmarów fizjonomiki i frenologii. Jest też zachłanna i krótkowzroczna. Czy Veiner zdaje sobie z tego sprawę? Przez dużą część książki wydaje się cieszyć tym, że może działać na korzyść Pięciu Królestw. Być może nie chce widzieć ani rozumieć tego, jak jego działania wpisują się w kontekst systemu opresji. Jest za to na pewno świadom roli, jaką gra, roli „ucywilizowanego” albena, którego zastępczy ludzcy rodzice wychowali na wdzięczną i wartościową autonomiczną jednostkę. Portret Veinera i zachodzących w nim przemian to jeden z największych atutów tej powieści oraz — dla mnie — najsilniej uderzające odzwierciedlenie tragizmu życia w Pięciu Królestwach.

Przyznam, że niełatwo mi pisać za to o Elátrii. Elátria — porwana przez ludzi albenka, która po latach wróciła do ojczyzny razem ze swym półludzkim synem — jest bowiem nie tyle postacią, co alegorią całego świata „Cynobrowych pól”. Przypomina mi w tym Essun z „Piątej pory roku”, która również była soczewką skupiającą niesprawiedliwości świata przedstawionego. Obie bohaterki to matki silnie zdefiniowane przez macierzyństwo; gdzie Essun szuka córki, tam Elátria ma na celu zapewnienie bezpieczeństwa synowi. (Na marginesie: Radlak świetnie przedstawia rodzicielstwo jako powszechny element świata przedstawionego; wiele postaci albo jest rodzicami, albo nimi będzie lub chciałoby być. To bardzo odświeżające po plejadzie grimdarkowych bohaterów bez zobowiązań i więzi). Obie są też przez większość fabuły dosyć bierne, bo skupione na własnym przetrwaniu. Przy czym zastanawiam się, na ile uzasadnione jest nazywanie Elátrii protagonistką w kontekście współczesnego trendu tworzenia aktywnych bohaterów, gdy jest ona raczej obserwatorką. Nawet w Kamiennym Niebie jest raczej przedmiotem niż podmiotem, alegorią całej ziemi bardziej niż osobą. Jej osobiste cierpienie staje się przede wszystkim figurą retoryczną. Gdzieś za tym symbolem kryje się Elátria mająca jeszcze inne cechy poza szukaniem zemsty, lecz tę Elátrię raczej sobie dopowiadałam, niż o niej czytałam.

Dużo bardziej wyrazista była Rybka, przede wszystkim ze względu na przykuwający uwagę zblazowany ton. Niebieska gwiazda występów dla możnych ludzi straciła pozycję na rzecz młodej Elátrii, lecz co ważniejsze — została mimo woli mentorką i przewodniczką albenki w brutalnym świecie Pięciu Królestw. W moich oczach Rybka i Elátria stały się dwiema stronami tej samej monety; obie grały według reguł tego świata, choć tam, gdzie Rybka chciała po prostu trwać w luksusie, Elátria tęskniła do czegoś więcej. Jeśli zastanawiacie się, która z nich okazywała innym dobroć i zrozumienie — cóż, i tutaj Radlak nie daje łatwej, jednoznacznej odpowiedzi. Ja współczułam obu bohaterkom.

Równolegle do wątków Elátrii i Rybki rozgrywają się wątki Eris i Grimgarda. Garda trudno było mi na początku traktować poważnie — od śmiesznego (i ośmieszanego w narracji) imienia poprzez sposób wysławiania się po wygląd stanowił ucieleśnienie bingo Ponurych Zbawicieli Światów, amalgam wszystkich cynicznych typów ze szczecinami na paskudnych mordach, którzy zasiedlają grimdarkowe realia.

Bingo Ponurych Zbawicieli Światów. Autorką jest Joanna Płaszewska.

Z czasem jednak fasada twardziela zaczęła się kruszyć, a Gard dzięki poczuciu humoru zdobył moją sympatię. Podobnie było z Eris, która bardzo dobrze gra przed czytelnikiem rolę skupionej na wyglądzie królewskiej kochanki, stopniowo okazywało się jednak, że za jej działaniami stoją skomplikowane — zarówno na gruncie intelektualnym, jak i emocjonalnym — przekonania i marzenia. Oboje, Grimgard i Eris, chowają się za maskami, by przetrwać w niesprzyjającym świecie. Oboje przykrywają cynizmem stare rany i naiwne marzenia. Z nich dwojga to Eris jednak jest odważniejsza — i, wydaje mi się, bardziej samotna. Grimgard przynajmniej dostaje szansę na nawiązanie przyjaźni. Nie umiem za to określić, na ile samotność Eris jest jej wyborem, a na ile — splotem okoliczności zbyt trudnym do rozwikłania.

Opisane przeze mnie postaci funkcjonują w trudnej, nierzadko wrogiej rzeczywistości, która ma jednak także warstwę metafizyczną — lub wręcz mistyczną. Każdemu z bohaterów przypisany jest alchemiczny symbol opisujący metal i planetę, a poprzez nie — temperament czy też rolę. Stworzona przez Radlak konstrukcja olśniewa złożonością. Alchemia, przepuszczona przez soczewkę świata przedstawionego, pojawia się w filozofii obu kontynentów, nierzadko padają też aluzje do kamienia filozoficznego. Całość nie jest ani protonauką, ani naiwną próbą odtworzenia magii, a systemem filozoficznym — to aspekt rzeczywistej alchemii często przez fantastów pomijany. Radlak przywołuje go, chociaż w tekst wkrada się się niekiedy niebezpieczny determinizm: ten system opisuje nie pogląd, a fakty, właściwy porządek świata, dość płytko rozumianą bliskość z naturą i realizację wrodzonego potencjału każdej osoby. Ten ostatni element okazuje się nieco bardziej skomplikowany, lecz mimo wszystko mam pewne obawy, jak zawsze, gdy w fikcyjnym świecie pojawia się metafizyka w postaci faktów. Co prawda u Radlak finał książki sugeruje logikę mitu — pojawiają się nawiązania do mitologii nordyckiej i chrześcijańskiej – i powtarzalności pewnego cyklu, ale wciąż niepokojąca jest pewność, z jaką jest to traktowane przez postaci. Wszyscy zdają się mieć poczucie uczestniczenia w czymś wielkim i zachowują się zaskakująco jednoznacznie. Podobnie jednoznaczna jest kwestia przyrody; i choć uważam ekologiczne przesłanie za bardzo potrzebne, to taka bezkrytyczna afirmacja otwiera furtkę prawu naturalnemu i jeszcze silniejszemu determinizmowi. Równowaga biomu to piękna rzecz, ale naturalne są także chorobotwórcze drobnoustroje i nie widzę powodu, by przekreślać cały wpływ człowieka (czy innych gatunków) na ekosystem. Podejmuję tę polemikę, bo zakończenie „Cynobrowych pól” sugeruje, że to nie koniec opowieści, jaką Aleksandra Radlak snuje w tym świecie — a ja bardzo czekam na ciąg dalszy, który jeszcze bardziej skomplikuje fikcyjną rzeczywistość i znów mnie zaskoczy.