Bez serc, bez czucia, czyli dlaczego felietonistka to nie android

Niedawno na naszym portalu pojawił się felieton o tym, jak nie należy „rozmawiać” o tekstach kultury – na przykładzie filmu Black Panther, który jednej stronie się podobał, a drugiej nie. O ile jednak autorka felietonu cytowała w nim swoje merytoryczne argumenty – a te były pozytywne w swej wymowie, ponieważ film jej się podobał – o tyle jej rozmówca na „obronę” swojej negatywnej opinii o filmie odwoływał się do jakichś Absolutnych Wyznaczników, wyraźnie nie potrafiąc wyjaśnić, co takiego złego było m.in. w postaciowaniu głównego antagonisty filmu czy dlaczego fabuła Black Panther była słaba. Ponieważ, niespodzianka, powiedzenie, że Thanos był lepszym złym czy że komiksy są ciekawsze, to nie jest argumentacja. Argumentacja to wyjaśnienie, dlaczego twoim zdaniem Killmonger jest słabszy czy też co nie działa w fabule filmu. Za tą pierwszą tezą sama spokojnie mogłabym podać trochę argumentów, bo i owszem, z opinią o tym, że Thanos jest lepiej skonstruowany niż Killmonger, się zgadzam. Przy czym, mimo pewnych zastrzeżeń, nie uważam Killmongera za źle napisaną postać. I oczywiście, fabułę filmu można porównać do komiksów, ale wypadałoby wtedy wskazać, do których właściwie (który run, czyjego autorstwa?). Tu trzeba mówić o konkretnych wątkach, postaciach, rozwiązaniach fabularnych, a nie rzucać ogólnikowym, wszechwiedzącym: Nie podobało mi się to i to, bo gdzie indziej było lepiej. To, że gdzie indziej było lepiej, nie znaczy wcale, że tu było źle.

I jasne, można też nie umieć wysłowić swojego zdania – negatywnego czy pozytywnego. Ale też przecież nie ma nic złego w powiedzeniu: Słuchaj, ja tego i tego nie lubię, nie potrafię powiedzieć dlaczego, ale po prostu tak czuję. Emocje też są istotnym elementem odbioru i mają prawo stanowić część argumentacji twojej opinii. To jednak co innego niż stawianie na jakieś absolutne wyznaczniki jakości, często wychodzące poza sam konkretny tekst kultury, który się w danej chwili ocenia.

Niestety, odbiorcy felietonu Katarzyny nie potrafili wyjść poza jej pozytywne argumenty i zobaczyć, o czym jest jej tekst. Pojawiły się komentarze, że zabrania ona złych ocen filmu, który jej – osobiście, co podkreśla kilka razy w swoim tekście – się podobał, że „fangirluje”, tak jakby pozytywne emocje i ich okazywanie w tekście felietonistycznym miało umniejszać słuszność autorki i jej tezy. Komentujący zdają się też zupełnie nie przejawiać refleksji, że gdyby Katarzynie film się nie spodobał, a jej rozmówcy owszem, to wciąż w felietonie pojawiałyby się fragmenty jej argumentacji – tylko że negatywnie w wymowie – i że wtedy też nie chodziłoby o to, by pokazać, że ten konkretny film jest zły i nikt nie ma prawa uważać inaczej. Nadal chodziłoby o pokazanie, że źle jest opierać swoją opinię (niezależnie od tego, czy pozytywną, czy negatywną) na absolutnych wyznacznikach Jedynej Słuszności.

To też jest niestety symptomatyczne i przerażające. Pokazuje, jak bardzo ludzie nie potrafią czytać ze zrozumieniem. Często wręcz pomijają całe ustępy tekstu, które przeczą ich wizji tego, o czym mówi autorka, przeinaczają to, co przeczytali, dopowiadają sobie (w przypadku wspomnianego felietonu np. to, że jego autorka i jej rozmówca są znajomymi (sic!)) – byle nie przyznać, że ktoś może mieć rację, kiedy ma odmienne zdanie od ich własnego. I na takim wyobrażonym tekście opierają swój atak. Byle udowodnić autorce, że się myli, i zmieszać ją z błotem. Wyśmiać i poniżyć, a siebie uważać za Wspaniałych Obrońców Prawdy i Symetryczności™ – bo przecież jeśli kobieta pisze, że coś, co robią mężczyźni, jest złe, to tak naprawdę pisząc o tym, sama robi to właśnie, czego mężczyznom tak srogo zabrania.

Tylko że nie.

To, że my, niemężczyźni, często nie boimy się okazywać naszych emocji (i zgrabnie ich wykorzystywać do ilustrowania naszych opinii) także w merytorycznie napisanych tekstach, nie znaczy, że jesteśmy pełne agresji, zawiści czy co jeszcze mężczyźni chcieliby w nas widzieć. Zdumiewa mnie, jak można nie rozumieć, że emocje – pozytywne czy negatywne – oraz ich otwarte wyrażanie jest czymś dobrym i zdrowym. I ma prawo stanowić inherentną część merytorycznego tekstu i merytorycznych argumentów. Felietony, ostatecznie, nie są pisane przez androidy, które w absolutnie pozbawiony emocji sposób, racjonalnie – i nieludzko – opiszą nam wszystkim świat.