Bunt w (nie)rzeczywistości – z Magdaleną Kucenty rozmawia Karolina Fedyk

Zapraszamy do lektury pierwszego z lewarkowych wywiadów. Główny temat rozmowy: cyberpunk.


Karolina Fedyk: Lubię twój cyberpunk za to, że jest „bliski” – skupiasz się na ludziach i ich doświadczeniach, bez względu na to, czy są to doświadczenia niezwykłe (jak w przypadku Zodiaków) czy codzienne, drobne i pozornie nieważne (jak w Mechanizmie gojenia). Dlaczego ubierasz je właśnie w taki sztafaż? Dlaczego cyberpunk? Co cię przyciąga w tej estetyce, a może szerzej, w tym gatunku?

Magdalena Kucenty: Po pierwsze, kreacja bohaterów zawsze była dla mnie, już jako czytelniczki, ważna. Zaczęłam swoją przygodę z fantastyką od fantasy. Zaczytywałam się w wielotomowych knigach, gdzie ciekawie wykreowane postaci to już połowa sukcesu. Czytelnik musi się przywiązać do bohaterów, by ich losy go cokolwiek obeszły. A ze mną bywało i tak, że przeżywałam je mocniej niż wydarzenia z życia. Stąd, myślę, nacisk na ludzi i ich doświadczenia w mojej twórczości. Po drugie, zaczęłam pisanie od gatunku (nie inaczej!) fantasy, które było przecież moją pierwszą miłością. Z czasem jednak szłam coraz bardziej w kierunku science fiction. Okazało się bowiem, że jestem zwyczajnie lepszą pisarką SF niż fantasy. Między innymi dlatego, że pracuję w IT. Na co dzień stykam się z nowoczesnymi technologiami, więc w cyberpunku czuję się swobodnie. Sama estetyka zaś przyciągała mnie już od dawna. O ile w moim dzieciństwie dominowało fantasy, o tyle z wiekiem zaczęło przeważać SF, w tym właśnie cyberpunk. Po prostu uwielbiam ten gatunek, najlepiej jeszcze w klimatach noir, choć tu na razie pozostaję tylko odbiorcą, nie twórcą. Sam wpływ technologii na człowieka i na jego codzienne – lub bardzo niecodziennie – życie jest dla mnie jednym z najbardziej fascynujących zagadnień naszej (nie)rzeczywistości. Ale, ale…

Jak to wygląda w twoim przypadku? Wiem, że jesteś głównie pisarską fantasy, ale do dziś pamiętam wyśmienitych Następców tronu, w których nie brakowało przecież cyberpunkowych motywów.

KF: Ja też bardzo lubię cyberpunkową estetykę, opowieści o buncie i rewolucji, i motywy, które ten nurt wykorzystuje – też dlatego, że stały się tak przerażająco aktualne. Wydaje mi się, że nawet jeśli pierwsi cyberpunkowi autorzy nie zawsze trafnie przewidywali, jakie wynalazki pojawią się w cyfrowej przyszłości, to umiejętnie nakreślili nastroje społeczne. To pewnie w jakimś stopniu samospełniająca się przepowiednia, bo SF od dawna inspirowało zbiorowości ludzkie i pokazywało im możliwe przyszłości. Pozwalało także na dostrzeżenie mechanizmów, które zostały wprawione w ruch w drugiej połowie XX wieku. Mam zresztą wrażenie, że William Gibson cały czas to robi; jego nowsze powieści, choć zahaczają o realizm, wciąż wyprzedzają rzeczywistość o krok.

Ale mam też z cyberpunkiem duży problem: z jednej strony pokazuje potrzebę zmiany, bo przecież większość cyberpunkowych powieści obrazuje dystopijne systemy, ale z drugiej – nie bardzo daje odpowiedź na to, jak ta zmiana miałaby wyglądać. Cyberpunkowi bohaterowie to bardzo często samotni geniusze, którzy rozwiązują swoje własne problemy lub dokonują niezwykłych odkryć, ale świat wokół nich nie ulega trwałym zmianom. I to ma sens, nie bardzo wierzę w kult jednostki ani w to, że zbawi nas Elon Musk lub jakiś jego następca. Ale nie wiem, czy ze strony autorów cyberpunku to brak wiary w nowe rozwiązania, brak zainteresowania narracjami, gdzie mamy bohatera zbiorowego czy może… brak pomysłów?

MK: Nikogo o brak pomysłów nie chciałabym posądzać, zwłaszcza że sam pomysł to nie wszystko. Można wpaść na ciekawy sposób ukazania przemiany, można spróbować przedstawić tę transformację świata i zwyczajnie nie podołać rozmiarom zmian. Dążenia i tragedie jednostki są siłą rzeczy prostsze do opisania dla… no, cóż, jednostki, którą jest przecież pisarz. Ponadto estetyka cyberpunku niejako wymusza kompaktowość – jeśli rozbudujemy świat i jego przemiany, wypadniemy spod gatunkowego szyldu. Ot, chociażby taki Problem trzech ciał („The Three-Body Problem”) – jednym z głównych wątków jest tu hiperrealistyczna gra, do której logują się bohaterowie powieści. Bardzo cyberpunkowy motyw, ale wtłoczony w hard SF o pozaziemskim kontakcie, więc książka w ogóle nie jest zaliczana do cyberpunku. A przemian świata w trylogii Cixina Liu zdecydowanie nie brakuje – ludzkość zmienia się tu kilkakrotnie!

Kolejnym przykładem, który wpada mi do głowy, jest Hyperion Dana Simmonsa. Znowuż cyberpunkowe elementy to tylko ozdobniki, za to transformacja świata jest ogromna i rozciąga się na cztery opasłe tomiszcza (zresztą już same tytuły, takie jak Upadek Hyperiona („The Fall Of Hyperion”) i Triumf Endymiona („The Rise of Endymion”), sygnalizują wielkie przemiany). Tylko że nie ma tu samotnych geniuszy, a mamy wielu zróżnicowanych bohaterów. Pierwszy tom to przecież opowieści siedmiorga pielgrzymów, z których każdy przedstawia inne elementy składające się na świat Hyperiona. Ogólnie rzecz biorąc, jeśli autor chce przedstawić spójną, ciekawą przemianę świata, sam cyberpunk może nie wystarczyć.

Czarno-biała ilustracja przedstawiająca postać złożoną na przemian z białych i czarnych plam z gwiazdozbiorem bliźniąt w tle.
Ilustracja do opowiadania „Paradoks Bliźniąt”, rys. Magdalena Kucenty

KF: To ciekawe, że żaden z wymienionych przez ciebie tytułów nie jest czymś, co zakwalifikowałabym do cyberpunku – teraz, gdy o tym myślę, faktycznie pojawiały się tam elementy, ale, tak jak mówisz, to były bardziej dekoracje. Ale może moje prześlizgnięcie się po tych aspektach to sygnał, że powinnam wrócić do Problemu trzech ciał, tym razem świadomie czytając go jako cyberpunkową powieść?

Jeszcze w temacie globalnych zmian – dość skuteczną próbę przebudowania całego świata podjęła Malka Older w Infomocracy, gdzie glob został podzielony na miniaturowe okręgi wyborcze, decydujące o swojej reprezentacji – przez co bywa tak, że w obrębie jednego miasta sąsiadujące ze sobą dzielnice są zarządzane przez różne globalne partie. To fascynujący pomysł, sprawnie opisany przez osobę, która zajmuje się zawodowo międzynarodowymi kryzysami – ale sama rewolucja przebiegła poza kartami powieści, a fabuła dotyczy raczej doraźnego radzenia sobie z manipulacjami wyborczymi i innymi zagrożeniami dla wciąż świeżego systemu. Czy dałoby się osnuć opowieść wokół momentu wprowadzania tej nowej demokracji, czy może taki proces – niewątpliwie mozolny i żmudny – byłby mało atrakcyjny dla czytelników i lepiej skupić się na jednym, przełomowym momencie? Na pewno nie bez znaczenia jest tu przeszłość fantastyki wszelakiej jako literatury stricte przygodowej oraz dynamizm wpisany w cyberpunk. Jednym z filarów cyberpunkowej estetyki wydaje mi się prędkość życia. Nowe technologie, błyskawiczne zmiany, pęd ku nowości.

Co prowadzi do kolejnego pytania i ostrzegam – to temat-rzeka, otwieram tamę – jak widzisz rolę technologii w cyberpunku? Gadżet czy centralny koncept? Zagrożenie czy otwarcie na nowe możliwości?

MK: Zdecydowanie nie tylko gadżet. Raczej główna siła napędowa cyberpunku, przy czym może występować zarówno w roli największego zagrożenia, jak i ostatecznego panaceum na wszelkie zło. Zresztą książkowa ikona gatunku, czyli Neuromancer wspomnianego już przez ciebie Gibsona, moim zdaniem dobrze oddaje rolę technologii w cyberpunkowym świecie: człowiek bez niej jest tylko mięsem. Z nią może się stać „czymś więcej”, choć to niekoniecznie musi znaczyć „czymś lepszym” z punktu widzenia ludzkiej moralności. No ale właśnie. Często przecież zagadnienie odejścia od człowieczeństwa – porzucenie naszych ograniczeń i instynktownych przekonań, co jest, a co nie jest właściwe – stanowi podstawę cyberpunkowych opowieści. I znów może być tym, do czego dąży bohater lub przed czym próbuje siebie/kogoś uchronić. Swoją drogą jest to jeden z aspektów, które najbardziej lubię w cyberpunku – podważanie naszej głęboko zakorzenionej wiary (czy może nadziei?), że „ludzkie” powinno oznaczać „dobre”. Postęp technologiczny, a już zwłaszcza rozwój SI, ułatwia podjęcie tego tematu podobnie jak w fantasy czy w SF występowanie inteligentnych obcych ras. I właściwie nie wiem, czym byłby cyberpunk bez technologii. Po prostu literaturą buntu?

KF: W całości zgadzam się z tym, co piszesz o utożsamianiu „ludzkiego” z „dobrym” (i o pułapkach z tego wynikających). Drugą stroną tego medalu jest zrównywanie technologii z czymś obcym i zagrażającym, nienaturalnym – czy to na poziomie istot i inteligencji (choć i tak dość rzadko widujemy w cyberpunku SI, które są od nas po prostu inne, niekoniecznie bardziej inteligentne i zagrażające czy motywowane chęcią wyzyskiwania naszego gatunku), czy modyfikacji samego człowieka. Niestety nie wątpię, że będziemy w stanie przeinaczyć każdą – szeroko rozumianą – technologię, jaką uda się nam wynaleźć; ale dlaczego ta perspektywa ma być naszym punktem wyjścia? Nowe technologie to także nowe możliwości. Wśród cyberpunkowych bohaterek i bohaterów nie brakuje postaci z protezami, wszczepami i modyfikacjami genetycznymi. Te zmiany są elementem estetyki – wszystkie te wbudowane w ciała bronie i pancerze – i nierzadko źródłem kłopotów, ale także służą wyrównywaniu szans. W industrialnym brudzie cyberpunku to przesłanie raczej nie bywa wyrażane wprost, ale przecież technologia może być siłą (i bronią) słabszych, niepełnosprawnych i bardziej zagrożonych. To dość radykalny pomysł i świetnie wpisuje się w literaturę buntu, o której mówisz – i której odmianą cyberpunk niewątpliwie dla mnie jest.

A teraz pytanie z innej beczki: co chciałabyś w cyberpunku zobaczyć? Czego ci w nim brakuje i jakie dziury sama próbujesz zapełnić własną twórczością?

MK: Po pierwsze, dziury technologiczne. Skończyłam studia na politechnice, a teraz pracuję w IT i interesuję się nowinkami z tej dziedziny, więc wiele cyberpunkowych wizji wywoływało we mnie mieszane uczucia. Z jednej strony były to barwne, klimatyczne opisy przyszłych technologii, z drugiej całkowicie kłóciły się z moją wiedzą. Zdarzało mi się myśleć: nie tak działają sieci, nie tak działa komputer! Jednocześnie odzywało się we mnie pragnienie, by samej przedstawić w tekście coś podobnego, tyle że bardziej realistycznie. Lubię główkować nad tym, jak przebiegnie rozwój technologiczny – oczywiście, tylko na niektórych polach. Zresztą, nie łudzę się, że moje przewidywania będą na pewno trafne. Ot, zależy mi na na ciekawej i jednocześnie bardziej realistycznej wizji cyberpunku – nie tak bajkowej jak w opowieściach, gdzie wirtualna rzeczywistość działa właściwie jak idealna iluzja naszego świata, rządząc się podejrzanie analogicznymi prawami. Przykładowo, mam tutaj na myśli sceny, w których aby przejść z jakiegoś węzła sieci do innego, trzeba rozwiązać jakąś zagadkę, układając wirtualne klocki na odpowiednie miejsca. Ma to sens tylko jeśli bohater jest uczestnikiem gry – zabawy, która na tym właśnie polega – ale nikt nie wprowadziłby takich zabezpieczeń na serio.

Druga rzecz, której czasami brakuje mi w cyberpunku, to z kolei niejakie przeciwieństwo pierwszego: zwyczajnie ludzkie emocje i głębsze relacje między bohaterami. Nie wszyscy przecież muszą kryć mroczne sekrety, być zamknięci, popisowo cyniczni i wycofani wobec innych, nieprawdaż?

KF: Jeśli chodzi o komputery, jestem przeciętnym użytkownikiem z raczej niewielką wiedzą – ale dobrze cię rozumiem, bo podobną reakcję budzi u mnie nierzetelnie przedstawiona neuronauka. Uproszczenia są konieczne, gdy pisze się fikcję, ale to nie znaczy, że można je robić byle jak. I też interesuje mnie zobaczenie cyberpunku opartego na codzienności i relacjach: w końcu futurystyczne dystopie są zamieszkiwane nie tylko przez genialne programistki i detektywów działających na granicy prawa, ale też – albo i przede wszystkim – ludzi starających się wieść zwyczajne życie, wielodzietne i nuklearne rodziny, migrantów, osoby starsze, pracowników biur czy salonów piękności…

A co teraz piszesz? Czy uchylisz rąbka tajemnicy?

MK: Cóż, ponoć nie powinno się opowiadać o swoich projektach, bo potem się ich nie kończy. Ale chyba mogę uchylić rąbka, jak to ujęłaś, skoro prace główne zakończyłam, a teraz siedzę nad samymi poprawkami. Napisałam pierwszy tom powieści o Zodiakach, czyli mojego postapo biopunku z elementami cyber (żeby nie było za prosto). Kończę też kolejny tekst, który może jeszcze trafić do tej lub do drugiej części.

A teraz pozwolę sobie na rewanż. Co ty piszesz?

KF: Przede wszystkim fantasy – wkrótce ukaże się opowiadanie, w którym czytelnicy będą mogli poznać Zaihab, główną bohaterkę Skrzydeł, mojej debiutanckiej powieści planowanej na przyszły rok. Ale choć otwarcie uwielbiam dziwaczną scenerię Nowej Saady, w której realiach żyje Zaihab, to czasem tęsknię za technologią przyszłości – więc w wolnych chwilach planuję tekst o AI i kradzieży dzieł sztuki.

Biopunk z elementami cyber i Zodiaki! Biorąc pod uwagę twoją pisarską wrażliwość i twoje wykształcenie – jest na co czekać.

Magdalena Kucenty – pisarka trzykrotnie nominowana do Nagrody im. Janusza A. Zajdla, specjalizuje się w pisaniu cyberpunku. Publikowała opowiadania w „Nowej Fantastyce”, „Smokopolitanie” oraz na łamach magazynu „Fantom”, a także w antologiach Dobro złem czyń i Echo zgasłego świata. Pracuje w branży IT.
Karolina Fedyk – autorka i naukowczyni. Publikowała w wielu polskich i zagranicznych magazynach. Jej opowiadania znajdziemy w antologiach Skafander i melonik, Zabawa w Boga oraz Ostatni dzień pary II. Jej debiutancka powieść, Skrzydła, ukaże się w przyszłym roku nakładem wydawnictwa SQN Imaginatio.