Co mnie boli w Wiecznej wojnie – o wolności czytania

Dawno temu, w pewnej rozmowie na Facebooku napisałam, że nie podobała mi się Wieczna wojna Haldemana między innymi ze względu na sposób, w jaki autor przedstawił tam osoby homoseksualne. Komentarz musiał odbić się echem w fandomie — bo w zupełnie innym zakątku mediów społecznościowych zarzucono mi niezrozumienie analogii do wojny w Wietnamie. Bo przecież gdybym tylko rozumiała tę analogię, nie przeszkadzałaby mi homofobia w Wiecznej wojnie.

Rozumiałam tę analogię. Homofobia dalej mi przeszkadzała. Ale do Haldemana wrócę za chwilę.

okładka, wiecznej wojniePoczątek mojej fascynacji fantastyką zbiegł się w czasie ze złotą erą Fabryki Słów. Pytanie, na ile była to wartościowa literatura, to temat na osobny tekst; jako nastolatka cieszyłam się przede wszystkim, że mam dostęp do świeżej polskiej prozy gatunkowej. Podczytywałam książki schowana między księgarnianymi regałami. Na pewno już wtedy zauważyłam, komu w tych powieściach wolno mieć przygody — i że nigdy nie były to osoby choć trochę podobne do mnie. Wartość tych postaci, z którymi mogłabym się ewentualnie utożsamiać, definiowana była przez ich wygląd i dostępność seksualną. (Na tym tle pozytywnie wyróżniały się bohaterki Sapkowskiego — choć i im nie udało uciec się od seksistowskiego kontekstu i pryzmatu wartości reprodukcyjnej). Czy wtedy mi to przeszkadzało? Chyba nie, musiałam uznać, że tak po prostu jest.

Potem pojawiła się seria Uczta Wyobraźni — do dziś moja ulubiona seria wydawnicza na polskim rynku fantastyki — a w niej autorzy tacy, jak Hal Duncan, Ian R. MacLeod czy K.J. Bishop. Ale też Paolo Bacigalupi — i po lekturze jego Nakręcanej dziewczyny potrafiłam już sama przed sobą przyznać, że mi się nie podobała, a sposób przedstawiania tytułowej bohaterki wzbudził niesmak. Ale wciąż, zapytana o zdanie, odpowiedziałabym: „to nie książka, to ja”.

A potem odkryłam Connie Willis, Catherynne M. Valente, N.K. Jemisin. I zrozumiałam, dlaczego tak nie lubiłam bohaterek, o których czytałam wcześniej (cześć, mizoginio — zarówno autorów, jak i moja własna, zinternalizowana!). Poznawanie fikcyjnych osób podobnych do mnie — i przeżywających przygody, będących kompetentnymi naukowczyniami, władczyniami i artystkami, biorących swój los we własne ręce — zmieniło moje postrzeganie literatury. Nabrałam pewności, że nie ma żadnej zasady, która definiowałaby, komu wolno być głównym bohaterem. Stamtąd tylko mały krok dzielił mnie od przyznania, że „nie podoba mi się sposób przedstawienia postaci” to uzasadniona linia krytyki.

Gdy zechcemy się temu przyjrzeć, odkryjemy, że za stereotypowymi przedstawieniami i brakiem głębi psychologicznej postaci kryje się lenistwo i ubóstwo wyobraźni autora. Mogłabym napisać cały osobny felieton o autorskiej niemożności odzwierciedlenia różnorodności. Ale nie muszę sięgać aż tak daleko. Jako odbiorca mogę odrzucić tekst, jeśli sposób przedstawienia postaci sprawia mi ból. Nie mam obowiązku doceniać lektury, nieważne jak wnikliwej i ważnej, jeżeli czuję, że autor pisze w sposób, który odbieram jako krzywdzący.

To chyba najcenniejsze, najbardziej uwalniające z moich czytelniczych doświadczeń: moment przyznania sobie prawa do niezadowolenia, niesmaku, złości, nawet bólu. I uszanowania, że te emocje są istotnym elementem odbioru tekstu, który to element nie przeczy interpretacji ani zrozumieniu.

Nie śmieszy mnie Seksmisja i „Kopernik była kobietą” — bo nie tracę z oczu faktu, że przez całe wieki osiągnięcia naukowczyń były im odbierane i przypisywane ich mężom bądź przełożonym. Ten proceder, niestety, wcale się nie skończył; ledwie trzydzieści lat przed premierą Seksmisji Crick i Watson przypisali sobie odkrycia Rosalind Franklin, które doprowadziły do poznania struktury DNA. Tak, dobrze wiem, że powyższy cytat miał wyśmiewać nieudolną sowiecką propagandę, próbującą zakłamywać rzeczywistość i przeczyć faktom. Ale nie umiem śmiać się z satyry na PRL — satyry skądinąd zasłużonej — jeśli przy okazji godzi ona w grupy marginalizowane i ośmiesza dążenie do zbudowania faktycznej równości. Jak powiedział sir Terry Pratchett: jeśli śmiejesz się ludzi, którzy cierpią, to nie satyra, a nękanie.

Z analogicznego powodu nie lubię Wiecznej wojny, choć jednocześnie uważam, że w momencie jej powstania opowieść o wojennej traumie była bardzo potrzebna. Haldeman chciał pokazać wyobcowanie Mandelli, żołnierza wracającego do domu tylko po to, by odkryć, jak bardzo nie pasuje do realiów pokoju. W narracji bohatera dominuje niezrozumienie, a wręcz strach czy poczucie zagrożenia — podczas wojny społeczeństwo nie stało w miejscu, a ulegało przemianom, które nie zawsze dało się wytłumaczyć samemu sobie w prosty sposób. By zbudować analogię, autor sięgnął po motyw, który miał sprawić, że czytelnicy będą empatyzować z Mandellą: niechęć i obawę przed homoseksualistami. I wyraźnie trafił w lęki swoich odbiorców, biorąc pod uwagę nagrody, którymi obsypano powieść.

Zapewne nie przeszło mu przez myśl, że po jego książkę sięgną także osoby homoseksualne i zobaczą siebie — ukrywających się, nękanych przez policję, demonstrujących, by uzyskać równe traktowanie — jako niebezpieczną większość utopijnej przyszłości. Bo, owszem, świat, do którego wraca Mandella, jest wolny od konfliktów zbrojnych i na swój sposób piękny — ale czytając Wieczną wojnę, ani na chwilę nie potrafiłam zapomnieć o uprzedzeniach Mandelli wobec twórców tego nowego świata.

Wieczna wojna to książka o cierpieniu i traumie, ale także studium homofobii lat 70., homofobii tak oczywistej, że wpisanej w światotwórstwo powieści i nigdy nie kwestionowanej.

Oczywiście, Haldeman miał prawo wybrać akceptację dla gejów i lesbijek jako element, który odróżni rzeczywistość Mandelli od realiów przyszłości. Podobnie jak ja mam prawo uważać ten wybór za krzywdzący dla wielu czytelników i, ostatecznie, leniwy z perspektywy pisarskiego warsztatu. W książce, której akcja toczy się wokół międzyplanetarnej wojny, na pewno dało się przedstawić obcość nowego społeczeństwa w bardziej twórczy sposób. Zachęcanie do tworzenia jednopłciowych związków nie wydaje się nawet wiarygodną odpowiedzią na problem przeludnienia, biedy i kończących się zasobów. Mogę wyobrazić sobie alternatywne struktury społeczne, nietypowe rodziny, nowe prawa wytyczające zasady w świecie wiecznego niedoboru. Ale Haldeman podjął swoją decyzję. Jako czytelnik mogę — i będę — pytać: dlaczego właśnie taką?

Lubię analizować autorskie wybory i reprezentację w tekstach kultury. Czasem uznam, że książka mi się nie podoba właśnie ze względu na sposób przedstawienia postaci i motywów. I nie będzie to oznaczać, że jej nie rozumiem. Książki oparte na świetnym pomyśle wciąż mogą krzywdzić. Mogą być błyskotliwe i odważne — ale co z tego, jeśli sprawiają ból? Dajmy sobie prawo, by ich nie lubić. Nawet, albo szczególnie, jeśli weszły do kanonu.