Ćwierć wieku poetyki (Sapkowskiego), albo komu zagraża Lwiątko z Cintry

Addendum: ten tekst powstał, zanim dowiedziałam się o decyzji Lauren Hissrich, by zawiesić konto na Twitterze. Nie chcę, by został odebrany jako próba legitymizacji nękania, jakie spotkało Hissrich ze strony tak zwanych fanów. W tym felietonie pochylam się wyłącznie nad cyklem wiedźmińskim jako kamieniem milowym w historii polskiego fandomu. Szykanowanie scenarzystki, trolling, mowa nienawiści i odbieranie jej narzędzia pracy, jakim w dzisiejszych czasach są platformy w mediach społecznościowych, nie mają nic wspólnego z byciem fanem ani z obawą o losy ukochanej serii; są wyłącznie świadectwem zapiekłych uprzedzeń, mizoginii i gatekeepingu w najgorszym wydaniu.

Nie będę tutaj przekonywać, dlaczego kolor skóry Ciri może być dowolny w świetle tekstu książek ani dlaczego decyzja Netflixa nie jest w połowie tak kontrowersyjna, jak nam się wydaje. Nie będę nawet rozwodzić się nad felietonem Sapkowskiego „Piróg albo nie ma złota w Szarych Górach”, w którym to autor rozprawia się z twierdzeniami o słowiańskich korzeniach wiedźmińskiego cyklu i o pretensjach fantasy do realizmu historycznego, dwóch argumentach chętnie przywoływanych przez zwolenników białoskórej Ciri. Chcę za to napisać o obawach, jakie towarzyszą castingowi Netflixa — bo wiem, skąd się wzięły. I uważam, że polski kontekst jest absolutnie kluczowy dla zrozumienia toczących się dyskusji. To będzie może niewygodna dla nas autodiagnoza, ale konieczna.

Drodzy fani Wiedźmina, którzy obawiacie się kształtu adaptacji Lauren Hissrich, chyba trochę was rozumiem — bo cykl książek, którego tak zaciekle bronicie, był także i moim definiującym fanowskim doświadczeniem, mimo że przeczytałam powieści Sapkowskiego kilkanaście lat po ich pierwszym wydaniu. Ale ich impakt nie był przez to wcale mniejszy; raczej poszczególne elementy fandomowej układanki wskoczyły na swoje miejsce. Zrozumiałam cytaty i nawiązania wplatane do rozmów, a nawet cechy stylu, które po Sapkowskim przejęli inni autorzy. I jeśli porównam znaczenie wydania cyklu wiedźmińskiego na rodzimym rynku wydawniczym do ukazania się Władcy Pierścieni, to będę przesadzać tylko trochę.

Bo cykl wiedźmiński był przełomowy. Ukazał się w szczególnym momencie historyczno-społecznym i zrewolucjonizował polską fantastykę.

Książki Sapkowskiego wyróżniały się na tle polskiej fantastyki nie tylko ciętym humorem i błyskotliwym, ironicznym komentarzem społecznym i postmodernistyczną grą z konwencją. Istniały w dyskursie z zachodnią, anglojęzyczną fantastyką, do której Sapkowski miał dostęp — w odróżnieniu od wielu innych polskich fantastów. Dlatego czytanie pięcioksiągu wiedźmińskiego ma więcej sensu w kontekście anglosaskiej fantastycznej tradycji literackiej, tym bardziej, że autor nigdy nie ukrywał czerpania garściami z kultury Wysp Brytyjskich, w szczególności mitu arturiańskiego (inna rzecz, że do postmodernistycznego kotła z inspiracjami Sapkowski wrzucił, co mu się tylko żywnie podobało). I tu podkreślę jeszcze raz postmodernizm; bo, mimo ograniczonego dostępu do zachodnich mediów, i u nas fandom zdążył znużyć się przewidywalnością schematu campbellowskiego bohatera. Sapkowski napisał nam coś innego: Neverland, który zaskakiwał oryginalnością inspiracji i jednocześnie łamał schematy fabularne.

Ponad dwadzieścia lat po premierze książek Sapkowskiego nadszedł czas na dyskusje o tym, które ich aspekty brzydko się zestarzały — i wciąż bardzo liczę na tę rozmowę. Nie przekreśli ona jednak siły jednoczącego doświadczenia, jakim było czytanie cyklu wiedźmińskiego. Chyba żadna inna rodzima seria nie uformowała polskiej tożsamości fanowskiej w takim stopniu. Wiedźmin dał nam wspólne oczekiwanie na kolejne tomy i rozpracowywanie fabuł, specyficzny humor i postaci, z którymi można się identyfikować; wystarczy wejść na dowolne forum fantastyczne, by spotkać Emhyrów i Jaskółki. Sukces gier — a następnie wiadomość o nadchodzącej ekranizacji powieści — były potwierdzeniem tej silnej tożsamości: tak, słusznie się tym fascynowaliście. Teraz i my się fascynujemy.

Lauren S. Hissrich i jej ekipa – scenarzyści serialu The Witcher. Źródło: Twitter

To zasłużony powód do fanowskiej radości. Takie chwile są szczególnie cenne, gdy dotyczą kultur peryferyjnych (i w dodatku tak głęboko zakompleksionych, jak nasza): przebicie się do globalnego mainstreamu to niebagatelne osiągnięcie. I zapewne niejedna osoba — świadomie czy nie — uznała, że serial będzie nie tylko afirmacją fanowskiej tożsamości, ale i okazją do ponownego przeżycia wrażeń towarzyszących lekturze. Trudno dziwić się, że tuż za tą nadzieją pojawił się lęk, że amerykańscy producenci odbiorą i przeinaczą to doświadczenie.

Duża część tego lęku jest zakorzeniona w modelu fandomu jako kuratora i niejako kustosza kanonu — osoby, które tak widzą rolę fandomu, budują status na znajomości tekstu źródłowego i niekiedy postrzegają wszelkie zmiany — czy to wprowadzane oddolnie, w fanfikcji i fanarcie, czy odgórnie, w adaptacjach — jako potencjalne zagrożenie. Ten aspekt jest mi zupełnie obcy. Jako fanka wychowałam się w fandomie transformatywnym, gdzie przetwarzanie kanonu było celebracją oryginalnego tekstu i sposobem na uczynienie go jak najbardziej zapraszającym dla nowych fanów. Cieszy mnie możliwość uwzględnienia w adaptacji Wiedźmina osób pochodzących z różnych grup etnicznych — i jako fankę, i jako osobę o lewicowych przekonaniach, bo widzę w tym dążenie do wyrównania nierówności tkwiących głęboko w amerykańskim show-biznesie.

Rozumiem, skąd się bierze lęk, że doświadczenie kluczowe dla fanowskiej tożsamości zostanie zawłaszczone przez scenarzystów z dominującej amerykańskiej kultury. Może nawet na jakimś poziomie je podzielam, bo nie wiem, czy uda się oddać specyfikę narracji i humoru Sapkowskiego. Nie widzę w Wiedźminie nic słowiańskiego, ale w warstwie prozy — polskiego? owszem; i chciałabym, by ten element został uwzględniony. Ale wiem też, że od pierwszego wydania cyklu wiedźmińskiego minęło dużo czasu i wiele zdążyło się zmienić. Nasz kontekst — fanowski, społeczny, historyczny — jest inny niż był wtedy. Nie ma więc powodu, by i adaptacja miała być wierna zeitgeistowi sprzed ćwierci wieku. Nie ma być rekonstrukcją. Jest interpretacją.

Siła książek Sapkowskiego tkwiła, między innymi, w pokazywaniu napięć na tle pochodzenia. Drodzy fani, jeśli czytaliście te same powieści Sapkowskiego, co ja, i zależy wam na ponownym przeżyciu tego fanowskiego doświadczenia — czas świętować, bo trudno o bardziej wyraziste nawiązanie do centralnych motywów pięcioksiągu, co obsadzenie niebiałej aktorki w roli Ciri. Nie mamy się czego obawiać.

No chyba, że ta deklarowana obawa o losy adaptacji to płaszcz ukrywający uprzedzenia i ksenofobię. Ale w takim razie nie wiem, za co lubicie autora, który konsekwentnie i bezlitośnie kpi z waszych postaw i prób ubierania ich w intelektualne szatki. Rzeczony autor napisał o tym cały cykl. Może słyszeliście o Geralcie z Rivii… ?