Dlaczego potrzebujemy wieży Babel w popkulturze?

Reprezentacja ma znaczenie. Kropka. Chyba wszyscy możemy się zgodzić, że ważną i dobrą rzeczą jest to, że w popkulturze coraz większą rolę odgrywają postacie o innym kolorze skóry niż biały, kobiety, przedstawiciele LGBT+, osoby z niepełnosprawnościami. Jest jednak reprezentacja, która nam, ludziom przesiąkniętym raczej anglosaskimi wpływami kulturalnymi i wychowanym w kraju, gdzie używa się na co dzień tylko jednego języka, dość często umyka. Reprezentacja językowo-kulturowa. Czy tego bowiem chcemy, czy nie, język jest nośnikiem tradycji, kultury i mentalności. Udawanie, że na świecie istnieje jedynie garstka języków wartych uwagi, które zasługują na miejsce na wielkich i małych ekranach, jest nie tylko krzywdzące dla osób, które tych języków nie znają lub nie są ich natywnymi użytkownikami, ale także odbiera nam szansę na poznanie innej perspektywy i innych kodów kulturowych.

Grafika z angielską definicją słowa "orenda" pochodzącego z języka hurońskiego. "A mystical force present in all people that empowers them to affect the world, or change their own fate or destiny".

Na świecie używanych jest w tym momencie ponad 7000 języków, ale liczba ta ulega ciągłej zmianie. Po części dlatego, że zmienia się nasze postrzeganie tego, czym jest język, gdzie zaczyna się język, a kończy dialekt, ale też ponieważ kolejne języki wymierają coraz szybciej. Około 1/3 spośród nich ma status zagrożonego, ponieważ ich natywni użytkownicy odchodzą z tego świata, a kolejne pokolenia się ich nie uczą lub przestają ich używać. Powodów odrzucenia języka może być wiele, ale trudno zignorować fakt, jak wielką rolę odgrywają tu czynniki społeczno-ekonomiczne. Mówienie językiem mniejszościowym niesie za sobą czasem groźbę zostania uznanym za człowieka gorzej wykształconego, mało światowego, niespełniającego norm potrzebnych do pracy w dzisiejszym świecie – odbiegającego od „standardu”.

Jednym z takich standardów jest anglojęzyczność kultury popularnej. Tylko że i ona prezentuje zazwyczaj jakiś drobny wycinek przebogatego anglosaskiego dziedzictwa, okrojony i dostosowany do odbiorcy masowego. Bo ktoś mógłby nie zrozumieć jakiegoś żartu, innego wariantu słowa, neologizmu czy idiomu. Z pozoru takie działanie ma sens, bo dba się o komfort widza czy czytelnika – ale z drugiej strony odbiera mu też możliwość zapoznania się z tym trochę innym spojrzeniem na świat. A jak człowiek ma zrozumieć coś, czego nie zna?

Grafika z angielską definicją słowa "dadirri" pochodzącym z języka aborygeńskiego. "The concept of inner deep listening and quiet still awareness; a 'tuning in' experience to deeply understand the beauty of nature".

Oczywiście, jest już lepiej niż było kiedyś. BBC otrząsnęło się z wymagania hiperpoprawności i dzisiaj można tam usłyszeć piękny przekrój dialektów i regionalizmów Wysp Brytyjskich. Wspaniały walijski serial kryminalny Hidden jest puszczany w oryginalnej wersji, a w scenach, w których aktorzy używają języka walijskiego, po prostu wstawiono napisy. W Stanach Zjednoczonych coraz więcej bohaterów pochodzenia latynoskiego używa języka hiszpańskiego nie tylko na zasadzie prześmiewczego wrzucania w ich kwestie przypadkowych hiszpańskich wyrazów, ale prawdziwych rozmów w gronie rodziny czy przyjaciół. W Westworld dostaliśmy odcinek nakręcony w języku lakota, co bardzo zmieniło optykę i narrację, bo słuchaliśmy historii opowiadanej głosem, który próbowano zakrzyczeć i wyeliminować, a jednak udało mu się przetrwać. Hiszpańska telewizja obdarowała nas cudownym serialem La Peste nakręconym w dialekcie andaluzyjskim. Mamy podstawy, żeby wierzyć, że podobnych projektów będzie coraz więcej, co powinno napełniać optymizmem.

Jednakże – zawsze jest jakieś „ale”. Tym razem chodzi o podejście twórców do rzeczywistej reprezentacji i zatrudniania natywnych użytkowników języka. W serialu Britannia (który jest zły na wielu poziomach, ale jednak miał sporą akcję reklamową) mamy na przykład scenę, w której jeden z bohaterów próbuje zwrócić na siebie uwagę Arcydruida i porozmawiać z nim po walijsku. Z jednej strony plus, że wykorzystano język celtycki (szkoda, że nikt inny się nim tam nie posługuje), a z drugiej – słychać, że aktor nie ma pojęcia, co i po co mówi. Mogę twórców zapewnić, że w Walii znaleźliby wielu aktorów, którzy z przyjemnością zgodziliby się tę rolę zagrać – i może zwróciliby scenarzystom uwagę, że do Arcydruida nie wypada mówić dość potocznym językiem. Na naszym domowym podwórku zaś mieliśmy jeszcze nie tak dawno serial Dziewczyny ze Lwowa, gdzie, z kompletnie niezrozumiałego dla mnie powodu, bohaterki będące Ukrainkami były grane przez Polki. Dlaczego? Żeby sprzedać serial głośnymi nazwiskami? A to nie dało się znanych i lubianych obsadzić w rolach drugoplanowych?

Grafika z angielską definicją chińskiego słowa jiāyóu. "To encourage someone to make extra effort in doing good performance; to cheer and motivate as if you are fighting along with person, backim them up; lit. add oil".

Język, czy to się komuś podoba, czy nie, jest nośnikiem naszej tożsamości. Dlatego mamy tyle nieprzetłumaczalnych fraz czy żartów. W internecie można znaleźć setki stron prezentujących piękne słowa z różnych stron świata, których odpowiedników próżno szukać w polskim czy angielskim. Jeżeli popkultura naprawdę chce się otworzyć na „innego” i przestać być monolitycznym bastionem z kolonizatorską mentalnością, musi wreszcie popracować nad tym, jak to pokazać. Niech bohaterowie przeskakują z jednego języka w drugi, niech wyrażają swoje emocje w języku, który jest im najbliższy, a nie najbardziej popularny. Niech ich przyjaciele zadają pytania o znaczenie, o kontekst. Pozwólmy postaciom się nie rozumieć – i tego zrozumienia szukać. Uczyć się od siebie nawzajem i jednocześnie uczyć odbiorców. Zyskamy dużo więcej niż stracimy.

Za każdym językiem stoją historie jego użytkowników. Może wreszcie nadszedł czas, aby mogli je opowiedzieć na własnych zasadach.