Dziesięć litrów łez po Mozart in the Jungle

Są takie seriale, których zupełnie nie planowało się oglądać, ale jednak w jakiś losowy, nieprzewidywalny sposób ląduje się przed ekranem, połyka dwa dostępne wówczas sezony w mgnieniu oka, potem czeka się na kolejne, wpada coraz mocniej, ekscytuje i czuje się, jakby się znalazło najprzytulniejsze, najmilsze, najbardziej kochane i puchate miejsce na świecie, nie zwalcza się lekko obsesyjnych myśli, bynajmniej, a potem spada w głęboką toń niezrozumienia i negacji, gdy dowiaduje się, że to koniec. Ot tak, po prostu, ktoś spojrzał, podliczył, pokręcił nosem i wykreślił z listy, zupełnie nie zdając sobie sprawy, że ten jeden ruch złamał tysiące serc.

To nie tak, że to się zdarzyło tylko raz, prawda? Taka jest cena tych tasiemcowych historii. Dostajemy dziesiątki godzin rozbudowanych fabuł, możemy zaangażować się jak nigdy dotąd, wejść głęboko w świat i przeżywać go przez długi czas, ale zawsze wisi nad nami ciemna chmura grozy, że ktoś spojrzy, podliczy, pokręci nosem i wykreśli, nie pytając nas zupełnie o zdanie, nie zważając na nasze uczucia i plany na przyszłość tak stanowczo uwzględniające oglądanie absolutnie wszystkiego, co pojawi się, oznaczone tym drogim tytułem, promowane tymi drogimi twarzami.

Nie przeszłam jeszcze pełnej żałoby po Mozart in the Jungle i obawiam się, że mogę już na zawsze zatrzymać się na etapie negacji, bo niepojęte dla mnie pozostaje, jak można było pozbawić widzów serialu, który sprawiał, że wszyscy uśmiechali się szerzej i czuli się lepiej, i zaczynali słuchać muzyki klasycznej, i mówić bardzo szybko, i kupowali instrumenty i uczyli się na nich grać, i przestawali skrywać swoją ekscentryczność, bo i tak nie byliby dziwniejsi od Rodrigo, a jak daleko on z tą swoją dziwnością zaszedł!

Naprawdę nie chcę myśleć o tym, że może takie produkcje po prostu się nie sprzedają.

Kompozytor i widmo Mozarta siedzą na brzegu stawu

Nie, nie wierzę, że naprawdę do tego doszło. Wiem, głęboko wierzę, że kiedyś jeszcze odwiedzimy grono muzyków nowojorskiej filharmonii, wystarczy po prostu poczekać odpowiednio długo, prawda? Twórcy pójdą po rozum do głowy. Przypomną sobie o nagrodach, entuzjastycznych recenzjach i powszechnym docenieniu. To wszystko jest tylko wielkim spiskiem, jednym wielkim żartem i lada moment ktoś wyskoczy w mediach i powie: Haha! Jak mogliście uwierzyć w coś tak głupiego! Oczywiście, że umowa na kolejne cztery serie jest od dawna podpisana!

Tak właśnie będzie. Jest to jednak, mimo tej mojej wiary, sytuacja głęboko smutna i stresująca, nic więc dziwnego, że leje się tyle łez, czyż nie? Żeby nie doprowadzić do ogromnej powodzi, postanowiłam popakować je do litrowych pojemników, popodpisywać i ustawić w rządku. Oto one.

  

  

(źródło: m0zartinthejungle)

Pierwszy litr: za nieskrępowaną pasję

To pierwsze, co w tym serialu rzuca się w oczy – pasja, którą wszyscy tam żyją. Nie tylko pasja do muzyki, choć ta zdecydowanie jest na pierwszym planie, siłą rzeczy, ale pasja do wszystkiego: do podążania drogą, którą uważa się za ekscytującą, nawet jeśli na tym etapie zdaje się ona nie prowadzić do konkretnego celu; do doskonalenia się w tym, co się wybrało; do realizowania tego, co się kocha, nawet jeśli nie przynosi wymiernych korzyści; do dążenia do celu, nawet jeśli wiążą się z tym wyrzeczenia i trudne decyzje. Nikt nie żyje z dnia na dzień i nie pływa po powierzchni, każdy dokonuje trudnych wyborów i wkłada wiele pracy w dążenie do celu, ale kocha każdą chwilę tego trudu. Nie nazwę tego uniwersalnym wzorem do naśladowania, ale miło popatrzeć i trochę pozazdrościć, jeśli akurat takiej pasji się nie ma.

Kompozytor i śpiewaczka - elegancka brunetka w średnim wieku

Drugi litr: za pochwałę inności

Ze wszystkich pięknych i dobrych rzeczy w tym serialu najlepszą i najpiękniejszą jest kreacja Gaela Garcii Bernala jako Rodriga de Souzy, genialnego dyrygenta obdarzonego (sporą) iskrą szaleństwa, kosmicznego elfa, z jednej strony oderwanego od rzeczywistości artysty, z drugiej – chłodnego, bardzo krytycznego wobec siebie i innych profesjonalisty, który zapracował na miano geniusza, którym się go obdarza. Każda scena z jego udziałem jest ukłonem w stronę jednostek odmiennych, zachowań nietypowych, łamania konwencji, akceptacji różnorodności, słuchania serca, życia na własnych zasadach – gdy nikomu to nie szkodzi, gdy stanowi pokarm dla kreatywności i samodoskonalenia się, gdy pozwala oddychać pełną piersią. Rodrigo to człowiek z mnóstwem dziwactw, manieryzmów, niepojmujący ograniczeń i konwencji, niedający się zamknąć w klatce, jak lew walczący ze wszystkim, co próbuje stanąć na drodze wielkiej sztuki i jego dopracowanego sposobu życia.

(źródło: gael-garcia)

Trzeci litr: za inkluzywność

Od postaci nieneurotypowych, przez gejowskie małżeństwa adoptujące dzieci, po starzejące się kobiety, które ciągle realizują swoje pasje, są przebojowe, atrakcyjne, mają władzę i prowadzą aktywne życie seksualne. Wszechświat nowojorskiej filharmonii jest kolorowy i różnorodny, i to jest jego siłą. Gdy łączy nas wspólna pasja, różnice odchodzą na dalszy plan i wszyscy są jedną wielką rodziną, bez względu na kolor skóry, orientację, związki, życiowe wybory. Przewijający się w tle wątek pary mężczyzn, którzy bardzo odpowiedzialnie podchodzą do planu adopcji (a następnie samej adopcji) dziecka, choć stanowi element czysto komediowy, zapisał mi się w pamięci jako jeden z najbardziej pozytywnych, uroczych i pozbawionych jakiejkolwiek dramy przykładów takiej zwyczajnej reprezentacji, od której robi się ciepło na wszystkich sercach.

Ciemnoskóry mężczyzna z niemowlęciem

Czwarty litr: za feminizm

To w przypadku Mozart in the Jungle temat rzeka, który w czwartej serii zmienia się w falę powodziową (może to było powodem anulowania? Nie zdziwiłabym się…). Główna bohaterka, nieco roztrzepana oboistka o irytującym śmiechu, przechodzi bardzo długą drogę od odrobinę naiwnej nadziei na świetlaną przyszłość i karierę członkini orkiestry, przez smutne zderzenie z rzeczywistością, po decyzję, że jeśli nie działa plan A, to może warto poszukać innych – planu B i C, któryś w końcu zadziała. I rzeczywiście działa, a z każdym krokiem bohaterka coraz mocniej stąpa po ziemi, coraz lepiej sobie radzi, trzyma się coraz bardziej prosto, coraz bardziej samą siebie ceni. Prowadzi to też do mojego ulubionego wątku czwartej serii, czyli konfrontacji z kompozytorkami i dyrygentkami zapomnianymi przez historię. Nam się nie udało, ale tobie musi – w twoim imieniu i naszym. Motyw kobiecej solidarności przewija się tam ciągle – kobiety owszem, rywalizują, ale też wspierają się, uczą się od siebie nawzajem i dostrzegają szerszą perspektywę, w której sukces jednej z nich jest pośrednio sukcesem ich wszystkich – sukcesem w walce ze szklanym sufitem i zapomnieniem, uchyleniem drzwi nieco szerzej. Bardzo jest to piękne i bardzo nie chcę nigdy o tym wątku zapomnieć.

– They let you compete?
– They let you conduct?
– Tell us everything.

Piąty litr: za emocje

Bohaterowie nie boją się emocji, zarówno tych pozytywnych, jak i negatywnych. Wszyscy noszą serca w rękawach, wybuchają gniewem i radością, dają się unieść fascynacji – bo bez tego nie mogliby robić dobrej sztuki. Graj krwią! – krzyczy Rodrigo i odnosi się to nie tylko do tworzenia muzyki, ale działania w każdej sferze życia: z pasją, szczerym zaangażowaniem, ze stuprocentowym poświęceniem, bo jeśli rzeczy nie są tego warte, to są nic niewarte. I podobnie jak już pisałam wyżej – to nie jest uniwersalna życiowa wskazówka, nie każdy może się tak angażować, nie każdy powinien, nie każdy ma w co, ale tak cudownie obserwować tych, co tak robią i mają wielkie cele i mają w oczach taką pasję.

Szósty litr: za kwestie społeczne

Subtelność, owijanie w bawełnę? Nic z tych rzeczy. Od omówionej już reprezentacji z jednej strony, po bieżące kwestie społeczne i ekonomiczne. Strajk muzyków, powracający motyw finansowania działalności filharmonii, konieczność balansowania na cienkiej linii między tworzeniem sztuki, która nas porywa, a zabieganiem o względy sponsorów, których łaska jeździ na pstrym koniu, a bez niej nic się nie uda. Odcinek, którego akcja rozgrywa się w więzieniu. Szklany sufit. Problem z przebiciem się na rynku. Brak stabilności finansowej i wpływ, jaki ma on na psychikę. Codziennie, bardzo bliskie widzom kwestie, pokolorowane baśniowością, przefiltrowane przez magię świata wielkiej sztuki, ale ciągle… ciągle takie same.

  

Siódmy litr: za szczerość

Mozart in the Jungle to serial nakręcony z iskrą i zagrany z iskrą, niezwykle lekki i wprawiający w dobry nastrój, bo nawet gdy bohaterom chwilowo źle się wiedzie, szczęśliwe zakończenie jest nieuniknione. Nie znaczy to, że ich niepowodzeń i porażek nie da się traktować poważnie. Mimo lekkiej groteski – którą uosabia głównie Rodrigo, będący na wszystkich płaszczyznach bardziej – jest w tym serialu ogromna dawka naturalności. Widać, że aktorzy dobrze się bawili przy pracy, widać, jak ich entuzjazm wypływa spod przyjętych ról. Zarysowani mocnymi pociągnięciami bohaterowie są postaciami z krwi i kości, pełnymi wad i uzależnień, o ciężkich charakterach, nie da się ich jednak nie lubić przez właśnie tę szczerość ukazania i patrzenie widzowi prosto w oczy.

Młoda dziewczyna i widmo siostry Mozarta - kobiety w średnim wieku w dużej peruce i ozdobnej sukni

Ósmy litr: za relacje

Pełno tu najpiękniejszych przyjaźni – przyjaźni ścierających się z rywalizacją, przyjaźni zbudowanych na wspólnocie doświadczeń, przyjaźni budowanych mimo różnic i przyjaźni jako fundamentu dla miłości i związku. Nie ma tu chyba relacji romantycznej, która nie wyrosłaby z czystej przyjemności spędzania razem czasu przez dwie osoby, bez iskry fascynacji w oczach, gdy bohaterowie odkrywają, ile ich łączy. Zdarzają się, oczywiście, zdrady, rozstania i żale – nie wszyscy są fair, a wszyscy zgodnie miotają się i nie do końca wiedzą, czego chcą, zawsze jednak więcej łączy niż dzieli.

Dziewiąty litr: za estetykę

Manhattan zalany łagodnym światłem niekończącego się lata jest przepiękną scenerią, która dodaje całości odrealnionego uroku, momentami wręcz baśniowości. Nie wydaje mi się, by była to Ameryka, która istnieje – raczej Ameryka, jakiej wszyscy by chcieli, piękniejsza, przyjaźniejsza, lżejsza w tonie, gdzie nie jest łatwo, ale żadna szansa nie jest tą ostatnią. Piękne są plenery i wnętrza, piękni są ludzie i ich relacje, wszystko błyszczy się pięknem jeszcze-nie-przerysowanym, ale takim, za sprawą którego łatwo zawiesza się niewiarę i pozwala się obrazowi wciągnąć do środka ekranu, by trochę się ogrzać w tym świetle.

Dwie starsze osoby przy stole - siwy mężczyzna i elegancka kobieta

Dziesiąty litr: za eksperymenty

Miałam tu pisać głównie o eksperymentach formalnych – odcinku, który udaje amatorski film dokumentalny o wizycie orkiestry w więzieniu czy tym z ostatniej serii, który w całości rozgrywa się w pawilonie herbacianym i głowach bohaterów. Ale to tylko jedna warstwa – całkiem udana, ale nie jedyna. Za większą rewolucję uznam raczej ton całej opowieści, tak śmiało optymistyczny, tak bez skrępowania emocjonalny, kolorowy i odważny w sposób, który nie wymaga szokowania, gwałtownych zwrotów akcji, krwi, przemocy i wielkich konfliktów. Jedyne wrzucenia w tę piękną przestrzeń grupy zróżnicowanych, genialnie przedstawionych, ujmujących mimo swoich licznych wad bohaterów i polecenia im, by zajęli się wielką sztuką, która dla nich czasami jest wielką sztuką, a czasami żmudnym – i niejednokrotnie mało skutecznym – sposobem zarabiania na czynsz pustych mieszkań, bo wielu z nich poświęcenie się sztuce odebrało inne życiowe szanse. Nie jest to jednak ich problemem. To było ich wyborem, którego nie żałują. Jest coś w tym wyważeniu poważnych tematów, dramatycznych wydarzeń, głębokiego zaangażowania, dystansu, przerysowania, radości i sporej dawki komedii, że momentalnie wsiąka się w ten świat i nie chce się go opuszczać. Dlatego też nie sposób uwierzyć, że jednak trzeba się z nim pożegnać.

Dwójka głównych bohaterów, Hailey i Rodrigo, na balkonie, w tle - wieżowce Nowego Jorku