Dziewczyna w państwie duńskim (Hamlet, reż. S. Gade, H. Schall)

Tak, tak, Hamlet był(a) kobietą już w 1921 roku (chociaż wcześniej bardzo często kobiety go grały). W filmie niemieckim, niemym i tak energetycznym, przesyconym dziwną, odrealnioną dla nas współcześnie estetyką oraz manieryzmem, że momentami nie można oderwać od niego wzroku. A w tym wszystkim błyszczy Asta Nielsen jako duński książę… to znaczy księżniczka.

Księżniczka, bo w tej filmowej adaptacji królowa Gertruda, ku swojemu rozczarowaniu, rodzi córkę, którą – dla dobra królestwa – postanawia wychować jak chłopca. Dziedzica. Płeć kulturowa (a zdarzało się, że i biologiczna) Hamleta bywała już tematem gorących, czasem podszytych niestety szowinizmem dyskusji. Tutaj echo tych dyskusji jest jedną z największych zalet produkcji – niejednoznaczna postać pierwszoplanowa przyćmiewa pewne braki i nadaje adaptacji świeżości. Muszę przyznać, że bez tego konkretnego zabiegu fabularnego film straciłby naprawdę wiele i otarłby się o przeciętność. Bo wad pozbawiony nie jest. Jednak można odłożyć na bok kiepską jakość, denerwujący motyw muzyczny i przerysowane, niekiedy bardzo stereotypowe charaktery. O to wszystko spokojnie obwińmy pierwszą połowę XX wieku. Pora zatem skupić się na niekwestionowanej gwieździe, która sprawia, że obraz nadal pozostaje dla dzisiejszego widza interesujący i pełen możliwości interpretacyjnych.

Plakat z filmu Hamlet przedstawiający ubraną na czarno postać ze sztyletem w dłoni.

Asta Nielsen, aktorka pochodząca z Danii, niezwykle sławna i jeszcze bardziej utalentowana, dosłownie magnetyzuje kreacją Hamlet(a). Plastyczna mimika, kocie ruchy oraz nieco kosmiczne spojrzenie sprawiają, że do jej bohaterki czujemy się w dziwny sposób przyciągnięci. A jest to bohaterka naprawdę arcyciekawa. Hamlet w tej historii wciąż balansuje gdzieś na granicy (obrzeżach?) spektrum męskości i kobiecości, będąc postacią wyjątkowo androgyniczną i niedookreśloną, zawsze niedopowiedzianą, zawsze jakoś nie na miejscu – nieważne, czy to w relacjach z matką, czy z Horacym albo Ofelią. Hamlet, przez to jak została wychowana i przez to, czego się od niej oczekuje, wciąż zmaga się z kryzysem tożsamości, nie może w pełni być sobą i całkowicie siebie realizować. Wszystko to dzieje się między wierszami, trochę w oderwaniu od głównego wątku, zaledwie z delikatną sugestią opresyjności epoki oraz ciasnoty gorsetu ról społecznych. Z drugiej jednak strony, jako oficjalny następca tronu i mężczyzna, książę cieszy się wolnością, która nie została dana Ofelii i Gertrudzie, i widać to doskonale w swobodzie jej ruchów, w tym, jak łączy gesty stereotypowo kobiece ze stereotypowo męskimi, na jak wiele może sobie pozwolić. Jednocześnie obserwujemy bardzo jasno określone typy gestów oraz mimiki ze strony innych bohaterów oraz bohaterek – tych zdecydowanych mężczyzn oraz delikatnych kobiet. Widzimy, jak ograniczona jest możliwość zachowań Ofelii i Gertrudy, zwłaszcza przy bezpośrednich konfrontacjach z Hamlet(em). W tej całej swobodzie obyczajowej znajduje się jeszcze miejsce na edukację, luźne kontakty towarzyskie, włóczenie się po mrocznych zakątkach pod osłoną nocy – dokładnie to, o czym faktyczna księżniczka, wychowywana na dobrą żonę i matkę, mogłaby tylko pomarzyć.

Mamy więc bohaterkę rozdartą i niezdecydowaną, zatrzymaną – bardziej z konieczności niż wyboru – między światem męskim a światem kobiecym, co staje się jeszcze boleśniejsze, gdy zwrócimy uwagę, że te dwie rzeczywistości są tutaj wyraźnie od siebie odległe i różne. Bohaterkę zagubioną we własnych emocjach i niemającą pojęcia, kim lub czym tak naprawdę jest. Sama nazywa siebie zabawką, która nie powinna mieć serca, narzędziem politycznym służącym tylko do zatrzymania władzy w rękach jej rodziny. Co zresztą, znów bardzo delikatnie, zarzuca matce między słowami, mówiąc, że nie ma większego smutku niż dar życia, który od niej otrzymała. W tym wszystkim na bok odchodzi zabójstwo jej ojca, demoniczny Klaudiusz, który co chwilę mógłby zanosić się złowieszczym śmiechem, osobisty dramat Ofelii oraz inne, w większości raczej archetypiczne, zbudowane z kilku cech postacie. One istnieją jedynie jako tło dla historii zagubionej, zmagającej się z samą sobą osoby, która nie czuje się nigdy wystarczająco dobra, a jednocześnie nikomu nie chce pozwolić być od siebie lepszym. Bywa przebiegła, szalenie egoistyczna, bawi się uczuciami innych dla osiągnięcia swoich celów. Długo waha się, czy zabić, by później zrobić to z zimną krwią. I jest Hamletem, którego (którą) uwielbiamy oraz nienawidzimy. To wszystko w oparach genderowych rozważań, jakich nie powstydziłaby się porządna, współczesna produkcja. Krótko mówiąc: Nielsen, dobra robota.