Jak zostać królem – feminizm Black Panther

Nie jestem wielką fanką kina superbohaterskiego, a filmy obejrzane więcej niż raz policzyć mogę na palcach jednej ręki. A jednak Czarną panterę, o której ostatnio znowu wspomniano w kontekście oscarowych zmian, obejrzałam właśnie czwarty raz (korzystając z tego, że w Polsce dostępne jest już wydanie na DVD). Nietrudno jest zrozumieć fenomen filmu w Stanach Zjednoczonych, gdzie przyciągał do kina osoby, które wcześniej o ujrzeniu siebie i swoich historii na dużym ekranie mogły co najwyżej pomarzyć. A jednak z jakiegoś powodu strasznie spodobał się mnie − i to nie tylko dlatego, że doceniam odwołania do bogactwa afrykańskiej kultury czy sprawne opowiedzenie epickiej historii o walce o tron. Po namyśle sądzę, że tak jak dla wielu ważna jest problematyka rasizmu i afroamerykańskiej tożsamości, którą Czarna pantera porusza, tak jak odnajduję się w jego feministycznym przesłaniu.

Czarna pantera jest bowiem dla mnie przede wszystkim filmem głęboko feministycznym − daleko wyprzedzającym pod tym względem większość hollywoodzkich filmów. I to nie tylko dlatego, że oferuje nam całą gamę rozbudowanych postaci kobiecych, wyznających różne wartości i wspierających się nawzajem, ani nie dlatego, że to kobiety pełnią w Wakandzie rolę najpotężniejszych wojowniczek. Feminizm Czarnej Pantery jeszcze bardziej niż w bohaterkach odbija się w postaciach mężczyzn i ich relacjach z otoczeniem.

T’Challa to urodzony wojownik i przywódca, bohater dumny i charyzmatyczny. A równocześnie wrażliwy − i to nie głęboko w sercu, które odblokować może tylko śmierć/uratowanie ukochanej czy wspomnienie imienia matki. Widać to właściwie w każdej jego relacji − czy to z ojcem, któremu nie wstydzi się przyznać do żalu czy tęsknoty, czy w braterskiej postawie wobec Shuri, na docinki której reaguje z sympatią, czy w jego przyjaźniach z W’Kabim, Okoye i Nakią. Kiedy T’Challą targają sprzeczne uczucia, zwierza się z nich bliskim osobom i nie widzi wstydu w otwartym wyrażaniu swoich potrzeb i pragnień.

Chyba najdobitniej pokazuje to zresztą jego relacja z Nakią. T’Challa przez większą część filmu wyraźnie potrzebuje jej wsparcia, ale prosząc o nie czy proponując ukochanej związek jest wyraźnie gotowy na przyjęcie odmowy. To nie powinien być rewolucyjny koncept, ale na palcach jednej ręki potrafię policzyć filmowych bohaterów, którzy w podobnej sytuacji nie uciekliby się do emocjonalnego szantażu lub nie ukrywaliby uczuć, bojąc się odrzucenia. Dopiero widząc tę parę na ekranie zrozumiałam, jak bardzo brakuje mi tak zdrowych i opartych na wzajemnym szacunku i zaufaniu związków.

Kadr z filmu "Czarna pantera" przedstawiający Nakię, bohaterkę filmu i patrzącego na nią z uwagą T'Challę.

Zresztą T’Challa nie jest jedynym bohaterem, który nie myli dumy z pogardą dla innych, a siły z przemocą. M’Baku potrafi uznać swoją porażkę, mimo wstydu, który mu ona przynosi, a w sytuacji kryzysowej staje po stronie człowieka, który go pokonał, ponieważ jest to słuszne. W’Kabi daje się wprawdzie uwieść retoryce Killmongera, ale będąc z powołania żołnierzem, potrafi być w związku z kobietą, która jest lepszą od niego wojowniczką, a w koronie T’Challi nie widzi zagrożenia dla ich przyjaźni. Wakanda jest krajem o wiele lepiej rozwiniętym nie tylko technologicznie, ale i pod względem równości płci.

Nieprzypadkiem zresztą główny antagonista filmu okazuje się widzieć rozwiązanie jedynie w agresji, tradycyjnie domenie mężczyzn, ale i pokazany jest, jak traktuje instrumentalnie kobiety, które chcą mu pomóc. Twórcy filmu sprzeciwiają się toksycznej męskości, opartej na rywalizacji, pogardzie dla inności i kruchym poczuciu władzy nad słabszymi, czyniąc ją jednym z głównych problemów stojących na drodze do rozwiniętego i sprawiedliwego społeczeństwa.

Coraz więcej filmów ma w głównych rolach kobiety, rebootuje się też znane historie z kobiecą obsadą, większość z nich wpada jednak w pułapkę pozornego feminizmu i tworzenia papierowych „silnych” bohaterek. Czarna pantera unika wszelkich możliwych kliszy i szkodliwych tropów i udowadnia, że nawet w filmie akcji można znaleźć miejsce na dobre umotywowanie działań kilku całkiem różnych od siebie kobiet, a dopisanie mężczyznom uczuć innych niż złość i chęć zemsty nie odbierze im nic z charyzmy i męskości. Strasznie marzy mi się więcej takich filmów − z większą liczbą interesujących postaci kobiecych, z wojowniczkami i naukowczyniami, które nie są odizolowane emocjonalnie, ze zdrowymi relacjami i z mężczyznami, którzy umieją dojrzale wyrażać swoje emocje i potrzeby. Potrzebujemy nie tylko więcej kobiet na ekranach, potrzebujemy różnych kobiet, a przede wszystkim także pozytywnych wzorców męskości i partnerskich relacji. Czarna pantera pokazał jeden sposób, jak robić to dobrze i liczę bardzo, że więcej filmów pójdzie w jego ślady i to zanim zdążę obejrzeć moje DVD kolejne cztery razy.