Jest się z czego śmiać (Brooklyn Nine-Nine, Fox)

Pisanie o tym cudownym serialu w dniu po ogłoszeniu, że stacja postanowiła go anulować, mogło być z mojej strony masochizmem. Jednak tym większą radość sprawiło mi, że kilka godzin po skończeniu tego tekstu okazało się, że szósty sezon powstanie pod szyldem NBC. Nie wiem, czy da się streścić tę kopalnię cudownych postaci, absurdalnych i prawie zawsze trafionych żartów i najlepszych reakcyjnych gifów. Moje przesłanie jest jednak proste – jeśli nie widzieliście jeszcze Brooklyn Nine-Nine, nie widzieliście najlepszego być może serialu komediowego w historii.

Sam pomysł na historię jest nieskomplikowany, żeby nie powiedzieć sztampowy – towarzyszymy w pracy i codziennych rozterkach pracownikom tytułowego posterunku policji na Brooklynie. Pierwszy odcinek konfrontuje zgraną dość drużynę z pojawieniem się nowego kapitana, który ma na działanie posterunku bardzo konkretną wizję. Pozornie jest to więc typowa komedia dziejąca się w miejscu pracy, oparta na dynamice relacji w zespole i prezentująca nam jedną-dwie sprawy kryminalne na odcinek. Pozornie, ponieważ abstrahując już od tego, że wszystkie wątki związane z samym działaniem policji są po prostu interesujące i nieraz rozkosznie absurdalne, Brooklyn Nine-Nine jest dużo bardziej niż samą pracą bohaterów zainteresowane nimi samymi. Serial osadzony jest bardzo mocno w rzeczywistości i świetnie wykorzystuje policyjne motywy, ale jego sercem są świetnie napisane, różnorodne i niestereotypowe postaci.

Znajdziemy wśród nich bowiem kapitana Raymonda Holta, czarnoskórego homoseksualnego mężczyznę o kamiennej twarzy; sierżanta Terry’ego Jeffordsa, czarnoskórego potężnie zbudowanego ojca dwóch córek, który nie wyobraża sobie życia bez swojej rodziny i jogurtu; Amy Santiago, ambitną policjantkę o latynoskich korzeniach, którą każdy nauczyciel „uwielbiał mieć w swojej klasie”; Charlesa Boyla, pechowego, ale zawsze lojalnego miłośnika psów i gotowania; Rosę Diaz, twardą i małomówną kobietę i absolutną ikonę (także latynoskiego pochodzenia), o której bardzo długo wiemy tyle, że być może ma w domu prysznic i wreszcie Ginę Linetti, sekretarkę kapitana Holta, o której cokolwiek by nie powiedzieć, nie odda to sprawiedliwości jej postaci. Na tle tej drużyny najmniej ciekawie wypada na pierwszy rzut oka główny bohater, Jake Peralta, nie do końca dojrzały genialny detektyw o żydowskich korzeniach – na szczęście Jake jest bohaterem, który nie tylko bardzo się stara, ale także zmienia się i rozwija się w niesamowity sposób na przełomie pięciu sezonów.

Plakat serialu Brooklyn Nine-Nine.

Fascynujące jest oglądanie, jak relacje między bohaterami zmieniają się i dojrzewają w trakcie kolejnych odcinków − w pewnym sensie jest to bowiem także opowieść o najróżniejszych obliczach przyjaźni. Bardzo podoba mi się także to, że pojawiające się wątki romantyczne nie stają się w żadnym momencie wymuszone, męczące lub używane jedynie jako zabieg budujący napięcie − każdy związek w Brooklyn Nine-Nine jest zdrowy i oparty na przyjaźni i szacunku, a toksyczne czy seksistowskie zachowania są wyraźnie piętnowane. Zresztą serial jest niesamowicie zaangażowany społecznie, opowiadając się bez owijania w bawełnę przeciwko homofobii, rasizmowi czy seksizmowi − jaką ulgą było trafić na komedię, która nie naśmiewa się z mniejszości, a jeśli już komuś się w niej obrywa, to osobom prezentującym przestarzałe poglądy. Zakres ważnych społecznie tematów, na które twórcy zwracają uwagę, jest wyjątkowo szeroki – od łatwego dostępu do broni palnej, przez warunki panujące w więzieniach, po problematyczność i małą różnorodność wśród pisarzy fantasy.

Zauważając problematyczność seksistowskich czy rasistowskich żartów, słyszymy często w odpowiedzi, że próby cenzurowania humoru są bezowocne i sprawią, że nie będzie się już można z niczego i z nikogo śmiać. Tymczasem Brooklyn Nine-Nine udowadnia, że dobra komedia nie wymaga robienia komuś krzywdy czy szerzenia stereotypów. Nawet śmiejąc się ze swoich bohaterów, serial robi to z sympatią i zaangażowaniem w ich losy – i dlatego jest być może najbardziej budującą i szczerze zabawną rzeczą, jaką kiedykolwiek widziałam. Jeśli jeszcze nie przekonaliście się o tym sami, biegnijcie na Netflixa − może wreszcie po całej tej przygodzie z kasowaniem Brooklyn Nine-Nine doczeka się oglądalności, na jaką zasłużył.