Katharsis (Sense8 – finał)

Zaczynałam pisać ten tekst kilka razy. I za każdym razem kasowałam pierwsze zdanie, bo nie potrafiłam znaleźć odpowiednich słów, nadal nie potrafię i nie jestem pewna, czy one istnieją. Sense8 przecież zawsze wymykało się moim zdolnościom przelewania myśli i emocji na papier. Może po drugim, trzecim, pięćdziesiątym seansie będzie łatwiej i spokojniej. Może. Ale na ten moment bez spoilerów, łez, śmiechu i pisku mogę powiedzieć tylko jedno – obejrzałam właśnie najpiękniejszą rzecz w moim życiu.

Dalsza część tekstu zawiera emocje i spoilery jak stąd do Paryża przez Niemcy, Islandię, Stany, Meksyk, Koreę, Indie i Kenię.

Strona główna Sense8 na Netflix

Pamiętam dzień, a raczej noc, gdy obejrzałam pierwszy sezon Sense8. Chciałam tylko zerknąć na początek odcinka i iść spać. Jedenaście godzin później siedziałam na swoim łóżku, szlochałam i zastanawiałam się, co ja mam dalej zrobić ze swoim życiem po obejrzeniu czegoś tak pięknego i tak prawdziwego. Ach, no tak, sprawdzić, kiedy będzie drugi sezon. Ku mojemu przerażeniu – wtedy jeszcze nie został potwierdzony. Z drugiej strony dzięki temu mogłam doświadczyć ogromnej radości, gdy padła informacja „kręcimy drugi sezon!”, tego niecierpliwego oczekiwania, przewspaniałego odcinka świątecznego, wreszcie kolejnej nieprzespanej nocy. I to niedowierzanie, gdy ogłoszono, że to już koniec, kasujemy serial. Bo przecież jak można skasować taki serial? Potem natomiast wydarzyła się jedna z największych fanowskich akcji, w jakich uczestniczyłam, próba pokazania osobom decyzyjnym w Netflixie, że popełnili błąd. Akcji, która zawładnęła mediami społecznościowymi i dzięki której dzisiaj możemy się cieszyć ponaddwugodzinnym odcinkiem finałowym, który został zresztą zadedykowany fanom serialu.

Sense8 w pociągu do Neapolu

Odcinek zaczynamy wysokim C – od Wolfganga, który we śnie znów przeżywa swoje dzieciństwo, swoją więź z matką i koszmar zamiast życia, który zgotował im obojgu jego ojciec. Jest to jeden z najbardziej psychicznie drenujących momentów odcinka i podejrzewam, że dla wielu osób, które są bardzo wrażliwe na sceny przemocy domowej, może być bardzo trudny do przejścia. Twórcy jednak na całe szczęście nie posuwają się do pokazania nam bardzo graficznych scen – zachowania postaci, ich wygląd, strach i determinacja w oczach – one opowiadają wszystko dużo lepiej. I w jakiś sposób dużo boleśniej.

Mentalna walka Wolfganga jest przeplatana walką pozostałych członków gromady o wydostanie go z łap BPO i uwolnienie się od tych lubujących się w lobotomii szaleńców raz na zawsze. Znów są wszyscy razem, ale teraz dodatkowo wspierają ich Hernando i Daniela, którzy już o wszystkim wiedzą, później pojawia się też Rajan (który uznał, że przecież nie zostawi swojej żony samej!), dawna przyjaciółka Riley (praktycznie dostaliśmy potwierdzenie, że Riley jest biseksualna! Ha!) oraz Buck popisujący się znajomością coraz to kolejnych języków miłości. Wiadomo przecież, że przed wyruszeniem na przygodę należy zebrać drużynę – kto mógłby wygrać z tak doborową? Zwłaszcza gdy do gry włączają się także detektyw Mun (zaległy urlop z pracy należy wykorzystać), Diego, który przecież nie zostawi Willa samego na samobójczej misji, Felix, członkowie Archipelagu… Wybaczcie, Avengersi, ale z tą drużyną superbohaterów nie mielibyście najmniejszych szans.

Scena na jednym z paryskich dachów
źródło:  fvuckyeahsense8

Superbohaterami tego odcinka są zwłaszcza ci „normalni” homo sapiens. Amanita, która jak zwykle pójdzie wszędzie tam, gdzie Nomi i nawet na moment nie zwątpi w to, że postępuje właściwie. Dani, która dostaje jedną z najbardziej badassowych kwestii dialogowych w całym odcinku i która okazuje się znać na broni dużo lepiej, niż ktokolwiek by to sobie wyobrażał. Buck, który pomaga Kali zrozumieć, że to, że kocha dwóch mężczyzn, nie znaczy, że musi między nimi wybierać (moje „DZIĘKUJĘ” było chyba słychać w całej dzielnicy – niczego nie żałuję). Rajan, który po raz kolejny udowadnia, że poślubił Kalę z miłości i zależy mu tylko na jej szczęściu i bezpieczeństwie, a jeśli oznacza to trójkąt z pewnym szalonym Niemcem… Żyje się tylko raz, czyż nie? Hernando, którego erudycja (i znajomość Homera!) pomagają rozwiązać sytuację z której, wydawałoby się, nie ma wyjścia. Mun, wyznający miłość czynami, bo nie najlepiej sobie radzi z dobieraniem właściwych słów. Felix, który ani na moment nie przestał być bratem Wolfganga ubezpieczającym tyły (i pamiętającym o zabraniu ze sobą starej przyjaciółki, bardzo pomocnej w rozwiązywaniu problemów z uciekającymi pojazdami). River Al-Saadawi, która wierzy, że dzieło życia jej matki da się jeszcze uratować. A wiecie, co ich wszystkich tak naprawdę łączy?

Miłość.

Sun rozmawia przez telefon z detektywem Munem

Amor Vincit Omnia jest odcinkiem będącym dwuipółgodzinną celebracją miłości. Tej rodzinnej, tej przyjacielskiej, tej romantycznej. Tej szalonej, która każe ci lecieć na drugi koniec świata, by pomóc dziewczynie, która wielokrotnie skopała ci tyłek i której „tęsknię za tobą” jest warte więcej niż wszystkie piękne słowa ze wszystkich miłosnych tomików poetyckich świata. Tej zagrożonej i bolesnej, gdy kobieta, którą kochasz, wykrwawia się w twoich rękach, a obok ciebie jest jej mąż… (Co zresztą jest niesamowitą kpiną z tych wszystkich podniosłych chwili śmierci damy w popkulturze, bo tutaj dama każe zebrać się nieszczęsnym rycerzom do kupy i zacząć coś robić zamiast klęczeć na podłodze i płakać, bo tak w sumie to chciałaby jeszcze pożyć). Tej magicznej i bajkowej, która kończy się wielkim weselem na pół świata, wyprawionym na szczycie wieży Eiffla. Tej ogromnej, która daje dziecku siłę, by chronić matkę, którą kocha ponad wszystko. Tej codziennej, która przejawia się w przedstawieniu swojego partnera swojemu psu, zakochaniu się w sprzedawczyni w księgarni czy w powiedzeniu komuś, że jest piękny – nawet na rozpikselizowanym ekranie nie do końca sprawnego telefonu. Miłości heteroseksualnej, homoseksualnej, biseksualnej, poliamorycznej, miłości we wszystkich kolorach wszystkich flag świata. A przede wszystkim tej, która sprawia, że przyjaciele stają się członkami rodziny: braci i siostry łączy tutaj coś dużo silniejszego niż więzy krwi. Miłość nie ma tu płci, nie ma narodowości, nie ma jednej słusznej orientacji seksualnej, nie ma granic i nie ma zasad – jest jedynie szczerość uczuć, gestów, słów.

Miłość nie jest też, wbrew popularnemu romantycznemu mitowi, czymś stałym. Zmienia się, bo zmieniają się ludzie, zmieniają się czasy, zmienia się świat, w którym żyjemy. Jednak ta zmienność nie jest niczym złym, a wręcz przeciwnie – jest naturalnym porządkiem rzeczy, obietnicą rozwoju i nowego początku, bo przecież zawsze gdy coś się kończy, coś innego się zaczyna.

love is love is love is love is love is love is love. thank you, sense8.
źródło: queersk

Z drugiej strony – nie jestem gotowa powiedzieć, że to koniec Sense8. Jeszcze nie teraz. Co z tego, że Lila i Whispers nie żyją, a BPO wróciło do swoich korzeni i ideałów, które przyświecały im na samym początku? Jest przecież jeszcze tyle do opowiedzenia, tyle tematów do poruszenia, tyle obszarów i postaci do odkrycia. Czym tak dokładnie jest Lacuna? Przecież motyw potrójnej matki (moje wiedźmie serce prawie wyskoczyło z piersi na samo wspomnienie!) wręcz domaga się rozwinięcia. I co z karierą polityczną Capheusa, filmem Lito, pozostałymi członkami gromady Lili? Wierzę, że ktoś zauważy potencjał tych historii i pozwoli na ich opowiedzenie. Jak to powiedziała River – to w tym nieznanym świecie odnajdujemy nowe możliwości. Znajdujemy nadzieję.

Ten odcinek był brutalny, owszem, ale czy można udawać, że nasza rzeczywistość taka nie jest? Nikt tu za nic nie przepraszał, bo przecież graliśmy o najwyższą stawkę. Dostaliśmy wojnę, którą w drugim sezonie obiecała nam Kala. Jednak poza tym dostaliśmy też masę słodkich momentów, które przyprawiają o takie małe skrzydlate w okolicach żołądka. Momentów przezabawnych wymieszanych z przesmutnymi, które sprawiają, że śmiejemy się przez łzy. Momentów podnoszących na duchu i przywracających wiarę w ludzkość. Chyba najlepszą, najbardziej zmysłową i urzekającą scenę erotyczną w historii telewizji. Kolejne sto pięćdziesiąt minut dowodów na to, że nasz świat jest fantastycznym, pięknym i magicznym miejscem – musimy tylko chcieć tę magię zobaczyć, szczególnie w drugim człowieku.

źródło: fvuckyeahsense8

Jestem szczęśliwa, że mogłam zobaczyć coś tak niesamowitego. Smutna, bo nie ma nic dalej. Pełna nadziei, że może jednak zdarzy się cud i Sense8 wróci, bo ten świat potrzebuje takich dzieł kultury. Przede wszystkim jednak jestem wdzięczna za to, że mogłam doświadczać tej magii razem z moimi duchowymi siostrami i mentalnym bratem, ludźmi, którzy mnie rozumieją i którzy tworzą moją własną, małą i cudowną gromadę, jakiej i wam wszystkim życzę na sam koniec. Idźcie, oglądajcie, dzielcie się tą dobrocią i pamiętajcie: miłość zwycięża wszystko.