Moralne implikacje antagonistów

Fantastyka upodobała sobie postaci antagonistów – gdzie się nie obejrzeć, wyglądają na nas różni Voldemortowie, Vilgefortzowie, Lorcowie, Hele, Sauronowie itd. ad infinitum, niezależnie od tego, czy sięgamy do tekstów starych czy nowych, konserwatywnych czy postępowych. Niezależnie czy są to postaci pełnowymiarowe czy też płaskie niczym karton. Pojawiają się w filmie, serialu, powieści, komiksie, grze – wszędzie. Pewnie cały ten felieton (albo i z dziesięć takich felietonów) dałoby się zastąpić równie długą co on listą imion villainów. Już samo to uczula na fakt, że być może ten rodzaj postaci jest – obok bohatera pozytywnego – nadużywany. Nie chcę jednak w tym momencie mówić o całym motywie questu i pozwólcie, że tego nie zrobię, bo z kilku stron tekstu zrobiłoby się kilkadziesiąt. Chcę mówić o tym, dlaczego wszelkiego rodzaju antagoniści (czy będzie to bardzo archetypowy villain, mniej oczywisty czarny charakter czy właśnie po prostu antagonista lub inna – z założenia zła – postać)[1] mnie nużą. A może nawet: dlaczego są w jakimś stopniu szkodliwi.

To nie jest tak, że nie znoszę wszystkich takich postaci i że wszystkie uważam za równie kiepsko napisane. Całkiem sporo z nich mi się podoba, uważam je za dobrze poprowadzone i wprowadzone do tekstu. Lubię, gdy nadaje im się pewne racjonalne pobudki, gdy widzę właśnie więcej niż karton. Niemniej tu pojawiają się dwie kwestie. Po pierwsze, większość złych jest jednak bardzo mocno przewidywalna a – po drugie – nawet te najbardziej złożone dokładają się do całościowego obrazu, o którym wspomniałam na samym początku. Przez fantastykę nie da się przejść, żeby nie brodzić w antagonistach. To najłatwiejszy, wymagający najmniej pomyślunku i wysiłku autorki typ postaci, jaki pozwala wprowadzić do tekstu napięcie. Ale w pewnym punkcie robi się to po prostu nieznośne, nudne i przytłaczające. Ten „jedyny słuszny” rodzaj konfliktu, dającego bohaterowi pozytywnemu cel w życiu, nie powoduje już napięcia, a jedynie skłania do ziewania. Kolejny zły z setek złych pokazuje tylko brak wyobraźni twórczyni, która nie potrafi wyjść poza utarte schematy gatunku. A przecież można inaczej – w ogóle bez złych, z napięciem budowanym na inne sposoby niż konflikt międzyludzki/kosmiczny.

Cel istnienia antagonisty jest bardzo schematyczny: stanowi on przeciwwagę dla pozytywnego bohatera. Tak jak antagonista jest ciemnością – wszystkim tym, co złe, tak bohater jest światłem – wszystkim tym, co dobre i jasne. Oczywiście (jak już wspomniałam) można ten podział napisać w mniej jednoznaczny sposób, zmieszać odcienie szarości, sprawić, że odbiorczyni będzie pytała, kto tu jest zły, a kto dobry, a może w ogóle zwątpi w istnienie podziału na dobro i zło. Większości twórczyń nie chce się w coś takiego bawić albo też potrzeba im złego jako złego właśnie, bo inaczej ich bohater nie będzie miał celu w życiu. Kiedy jednak miesza się to, kto jest złym, a kto dobrym, dlaczego w ogóle w pierwszej kolejności decydować się na postać antagonisty? Czy nie lepsza byłaby od początku dwójka (lub więcej) postaci, które może i będą rywalizować, mieć odmienne cele (a może nie, może będą współdziałać!), ale obie (wszystkie) będą złożone z cech dobrych i złych i – w większości – z takich, które dobre lub złe bywają, zależnie od kontekstu ich występowania albo w ogóle pozostają poza tym podziałem na cechy dobre i złe. Jak w prawdziwym życiu, które złożone jest z kolorów, a nie wyłącznie ani nie w większości ze skali achromatycznej. Właściwie w dobrze skonstruowanym świecie przedstawionym nawet konflikt nie jest potrzebny. Wystarczy zmaganie, które, choć podobne, nie jest tym samym.

Tak jednak jak rozumiem i podzielam głęboką potrzebę eskapizmu, tak nie rozumiem uwielbienia dla czegoś tak odrealnionego jak postać antagonisty, złego, ponieważ ktoś musi w tekście być złym – czy wręcz zło uosabiać, przez co gdy to ta konkretna postać zostanie pokonana, cały świat stanie się na powrót dobry. A przecież eskapizm nie oznacza wcale ucieczki w całkowitą inność, w to, co sztuczne. Oznacza ucieczkę poprzez inne, ale na tyle podobne, by pozwalało zrozumieć to, przed czym się ucieka. By była to ucieczka celowa, kierująca się do czegoś – tj. do lepszego zrozumienia, większej akceptacji, pięknych obrazów, do chwili wytchnienia. Ale, jakikolwiek nie byłby ten cel, zawsze pozostaje ucieczką przez metaforę. I cokolwiek mówiłaby ta metafora, jak bardzo by nie odczłowieczała, jako stworzona przez ludzi zawsze ludzką pozostanie. Ponieważ we wszystkim, co robimy i jacy jesteśmy – niezależnie od wartościowania – zawsze jesteśmy właśnie tacy. Od tego nie możemy uciec. A więc i antagoniści są ludzcy. Nie tylko w swoim złu.

Jak bardzo by ich nie odczłowieczać – ile macek i masek, atrybutów czegoś zupełnie obcego człowiekowi, a więc i – w domyśle – gorszego niż człowiek by im nie nadawać, zawsze pozostaną o tyle ludzcy, że powstali w umysłach ludzi. Choć nie będą ludźmi w sensie dosłownym, bo przecież są jedynie odpryskami naszej wyobraźni, fikcją, to jednak fikcją powstałą w poczuciu, że „nieczłowiek” znaczy gorszy. Wart pogardy, politowania czy wreszcie nienawiści. Przez to celowe odczłowieczenie, spłaszczenie do – często – dwóch wymiarów sobie samym pozwalamy na bycie złymi. Oto jest bowiem postać, która z samej funkcji pełnionej w fabule jest apoteozą wszelkiego zła – kimś, kogo główny bohater może zabić i nie uczyni go to złym człowiekiem. Tak np. Harry Potter zabija Voldemorta i nie zmienia tego fakt, że użył klątwy rozbrajającej, a nie zabijającej. Całe życie Harry’ego to jeden wielki quest w celu uczynienia Toma Riddle’a śmiertelnym, aby (Harry) mógł odebrać mu życie. Nie zmienia tego także to, że Harry wcześniej daje Tomowi szansę na odkupienie, że, używając jego imienia, pokazuje, że widzi w nim człowieka. Złego, okrutnego, wroga, który zabił jego rodziców, ale pozostającego człowiekiem, który wart jest odkupienia. I choć sam Harry jest pełen niedoskonałości, pokonuje Czarnego Pana siłą miłości, która w tym wypadku oznacza, że ma kogoś zabić. Przepowiednia sprowadza się wręcz do stwierdzenia, że jeden musi pozbawić życia drugiego. I gdzie się nie obejrzeć, ci dobrzy zabijają tych złych, a my wzdychamy z ulgą, bo już nie powrócą (chyba że jednak ożyją, co jest innym irytującym motywem). Tom Riddle, Lorca, Hela, Bill Cipher, Ultron, Killgrave, Sauron – to tylko kilka przykładów umierających wcieleń zła z brzegu. Śmierć, stanowiąca szczęśliwe zakończenie, to los ogromnej rzeszy antagonistów. To, że zabito człowieka – w ustalonym wcześniej sensie człowieczeństwa – stanowi szczęśliwe zakończenie. Czy to zdanie nie jest przerażające? Czy naprawdę tego chcemy siebie nawzajem uczyć? Że zabójstwo może być czymś dobrym? Moim zdaniem to jest bardzo szkodliwa lekcja, pozbawiająca empatii w codziennym życiu.

Poza tym, czy zabójstwo nie jest jednym z tych ludzkich czynów, które są złe zawsze? Dla mnie na pewno tak. Więc kim będzie w takim przypadku pozytywny bohater, wzór do naśladowania, nośnik cnót, których odbiorczyni tekstu ma się od niego uczyć, a który zabija złego? Człowiekiem nie tyle tylko złym, ale o tyle gorszym, że nie zastanawiającym się zwykle w ogóle nad tym, że aby pokonać antagonistę, zamierza zrobić coś inherentnie złego (choć oczywiście są i wyjątki od tej reguły). Boli mnie też to, że później taki pozytywny bohater nie żyje ze świadomością, że zrobił coś złego w imię swoich ideałów – jak szlachetne by one nie były. Że go to nie męczy, nie prześladuje w dalszym „szczęśliwym” życiu. Ba, bohater pozytywny wręcz ma czuć wyższość moralną nad swoim antagonistą, jakby faktycznie był wcieleniem dobra.

Postać antagonisty, nawet jeśli w końcu zniknie z naszych opowieści, nie zrobi tego dziś czy jutro. Dla wielu z nas jest nieodzownym elementem historii wartej opowiedzenia. Ale już dziś możemy pisać (tworzyć) teksty, w których nie będzie tych złych. A jeśli już uznamy, że antagonista jest nam niezbędny, warto tworzyć go, będąc świadomą tego jak szkodliwa jest jego edukacyjna rola. I, być może także spróbować napisać antagonistę, który się z tej roli wyłamie.


[1] W dalszym tekście będę stosować pojęcie antagonisty w takim właśnie, szerokim sensie, opartym bardziej o moje osobiste rozumienie tego typu postaci niż odgórnie narzucone podziały.