Narodziny (Ginny Nawrocka)

Zaczyna się nie tak źle. Ot, tu flirt, tam trochę dłuższy romans, a z tym państwem, o jakie ono przystojne, z nim tylko seks, szybki, przelotny, miły. Ta lubi BDSM, a on woli pruderyjnie. KaNie niewiele przeszkadza, choć nie na wszystko się godzi. I może niektóre chciałyby bardziej ostro, ale jednak większość stoi na straży Przyzwolenia, nie są w końcu ograniczonymi ludźmi. W trakcie więc jest przyjemnie. Później przychodzą konsekwencje, a choć oczekiwane, a nawet wyczekiwane, KaNa trochę się boi. Bo też co zrobią jenu ludzie z tym skutkiem jenu działań? Jak bardzo to wszystko będą próbowali przeinaczyć, zepsuć to, co w tym małym bąblu miłości widziane jest, oczywiście, bez nienawistnych filtrów? Najchętniej by uciekłu, ale od nich nie da się uciec. W końcu to oni nu stworzyli, nadali imię, istnienie i płeć. Język i świadomość siebie samenu. Tradycje. Całenu nu stworzyli.

Przez następne dziewięć miesięcy KaNa głównie płacze.

Gdyby byłu ot, człowiekiem, nie byłoby to fizycznie możliwe i z pewnością nie wpłynęłoby dobrze na rozwój płodu. Ale że jest, kim jest, płodowi jenu płacz zdaje się nie szkodzić. Samu nie wie, czy to dobrze, ale też gdyby go nie chciału, usunąć je byłoby bardzo prosto. Mogłuby nie chcieć. To naprawdę nic złego. Nie chcieć. Nie przechodzić tych miesięcy cierpienia, których nikt nie opowiada takimi, jakimi naprawdę będą – by nie cofnęli się w przerażeniu (wszystkie i wszyscy z tą drukarką do ludzi w sobie) przed tak niewspółmiernie wysoką zaliczką za, wcale nie pewną, miłość. Bez gwarancji zadowolenia z tego, które się urodzi.

*

Porodówka jest sterylnie czysta, dopiero co odnowiona z unijnych funduszy. KaNa nie ma na co narzekać, warunki, w których spędza ostatnie chwile ciąży, są bardzo dobre. Może poza hałasem. Nieustanny dziecięcy płacz denerwuje i każe zastanawiać się, jak zniesie swoje własne. Może nie będzie płakało dużo, ma nadzieję, uśmiechając się słabo do kolejnych kobiet przewijających się przez nienu salę. Ono się nie spieszy z przyjściem na świat, pewnie też się boi narodzin, pewnie jednak coś z tego płaczu KaNu do niego przepłynęło. Mijają pełne dwa tygodnie po terminie zanim KaNu w ogóle łapią pierwsze skurcze, niosąc z sobą ten jeszcze spodziewany ból.

KaNa nie do końca jest obecnu duchem na sali, przez ból i strach nie potrafi dobrze się skupić. Najchętniej by stąd uciekłu, zrobiłuby wszystko, żeby ono przestało rozrywać nu od środka, tu i teraz nie rozumie pojęcia miłości, za bardzo boli, a nu nie wierzy, że kiedykolwiek będzie w stanie zapomnieć ten ból i to poczucie bycia bardziej rzeczą niż żywą, samoświadomą istotą. Tu i teraz wszystko jest dla dziecka, a nu jest tylko inkubatorem, któremu można wydawać polecenia, inkubatorem, na który można krzyczeć, jakby nie byłu ani odrobinę ważnu. Bo przecież trzeba wypełnić kartę porodową, jak najszybciej, „na wypadek, gdyby nam tu pani umarła”, żartuje położnik, a nu ma ochotę go udusić, zetrzeć mu z twarzy ten głupi uśmiech i tylko za bardzo jest tchórzem, by jakkolwiek zareagować, by wyrazić burzący się w nu protest.

– Imię! – Wyrywa też nu z tych morderczych zapędów ostry głos pielęgniarki.

– Matka – odpowiada KaNa słabo, cicho, ale piguła nie prosi o powtórzenie. Musi w końcu wiedzieć, myśli KaNa, oddychając głęboko między kolejnymi skurczami.

– Nazwisko! – nie rezygnuje, wbrew nadziejom KaNu, kobieta, więc KaNa odpowiada, z każdym słowem coraz bardziej obawiając się pytań, na które odpowiadać nie chce. Nie tym ludziom. Nie w takim momencie. Nie…

– Ojczyzna. – Mogłuby dodać, gdyby miału siły, że ludzie nazywali nu Polską. Samu zawsze wolało KaNę – od ostatnich sylab pełnego imienia i nazwiska – bardziej ludzką w swym kobiecym aspekcie. Nie tak posągową. Mniej mesjańską w męskim. Prawdę mówiąc, bału się swojego narodu, bału się ich miłości i tego, co w nu imię byli gotowi zrobić. Przez nich bału się żyć i przez nich tak bardzo bału się tego porodu.

– Płeć! – nie daje tym czasem za wygraną piguła.

– Niebinarna – szepcze przez łzy KaNa, oczekując obrzydzenia i złości, ale to nie następuje. Nikt się nie odsuwa z odrazą, nikt nie patrzy inaczej niż jeszcze przed chwilą, nikt nie komentuje. Nadal jest tylko inkubatorem i to niespodziewanie przynosi nu ulgę.

– Nazwisko ojca – kontynuuje piguła, a jej głos łagodnieje i KaNa jakoś mniej się boi, że małe nu zabiorą, że odmówią rodzicielstwa. Na więcej myślenia nie ma czasu. Poród jeszcze trwa, a piguła patrzy jednak wyczekująco.

– Nieznane – przyznaje więc, a w oczach pielęgniarki odbija się zrozumienie.

– I chciało zatrzymać? – pyta już poza formularzem, całkiem odruchowo używając określonego przez ministerstwo „w dobrej wierze” zaimka „dla osób niebinarnych”.

KaNa wzrusza ramionami.

– Zawsze chciału mieć dziecko – odpowiada niepewnie, czując już narastanie kolejnego skurczu. – Pochodzenie nasienia to najmniej ważna rzecz – dodaje jeszcze przed kolejną falą bólu. Nie jest pewnu, czy w oczach pielęgniarki faktycznie dostrzega krytykę tego ostatniego stwierdzenia, zresztą nie ma sił o tym myśleć. Przez kolejne godziny pragnie tylko, żeby już się skończyło, żeby już było po wszystkim, cokolwiek będzie to oznaczać. Żeby już mogłu zasnąć i być może naprawdę zapomnieć.

*

Potem, gdy dają nu dziecko do rąk, nie jest pewnu, co czuje. Nie jest pewnu, czy je kiedykolwiek pokocha. Wie jednak, że choćby go nie kochału, nie da mu nigdy tego odczuć. I nigdy nie będzie tak okrutnu, by swego dziecka nie szanować.

Bydgoszcz, luty-marzec 2017