Nauka kontra magia (M. Malinowska, „Iluzja”)

Od samego początku mojego zainteresowania fantastyką jawiła mi się ona jako wspaniały nośnik różnorodności i mieszanki kulturowej. W jej ramach można przecież zestawiać zwyczaje i światopoglądy odległe od nas o setki lat i kilometrów i tym samym tworzyć coś niepowtarzalnego. „Iluzja” Marty Malinowskiej wiele obiecywała mi właśnie pod kątem etnograficznym. Całkiem sporą część tej obietnicy spełniła, a jednak pozostawiła po sobie pewien niedosyt.

Okładka powieści "Iluzja" Marty Malinowskiej

Południowe Królestwa to świat magii. Niestety, niewielkie i skłócone ze sobą dominia nie mają szans w obliczu zagrożenia ze strony Diogorii – państwa o wiele większego i zjednoczonego – mimo że jego mieszkańcy pozbawieni są niesamowitych mocy. Skutecznie zastępują je bowiem u nich osiągnięcia naukowe oraz umiejętność strategicznego myślenia. Chociaż to jego mieszkańcy są głównymi złymi całej powieści to muszę przyznać, że zdarzało mi się odczuwać w stosunku do nich pewną dozę sympatii. Ich motywy oraz sposób myślenia również były całkowicie zrozumiałe i gdyby zastąpić cały wątek walki z magią czymś bardziej przyziemnym, jak szerzenie swojej wiary czy chęć wzbogacenia się, to Diogoria wpisywałaby się doskonale we wzorzec idealnego Imperium znany nam z podręczników od historii.

Mimo to ludność podbita nie pozostaje bez szans na wyzwolenie i ratunek. Wśród mieszkańców Południowych Królestw można bowiem znaleźć Widzące, czyli kobiety obdarzone umiejętnością zaglądania w przyszłość. Na straży ich bezpieczeństwa stoją natomiast Przewodnicy – mężczyźni wyszkoleni zarówno w walce, jak i wszelkich sposobach pomocy Widzącym, które straciły możliwość kontrolowania swoich mocy. Jak wiadomo z licznych opowieści, wieszczki niejeden naród uratowały od zagłady. Potrzebny jest tylko ktoś, kto ich wysłucha.

Dwójka głównych bohaterów, Ren i Vera, to właśnie Przewodnik i Widząca. Spotykają się w bardzo przykrych okolicznościach i w miejscu, do którego nikt przy zdrowych zmysłach nie chciałby trafić – w Zielonym Kamieniołomie, najcięższym więzieniu w Królestwie Diogorii. On, pomimo przydomku „Cudotwórcy”, coraz bardziej traci nie tylko wiarę w cuda i możliwość powrotu do spokojnej egzystencji sprzed wybuchu wojny, ale także chęć do życia. Jednakże instynkt przetrwania pozostaje w nim silny i każe w żaden sposób nie zwracać na siebie uwagi strażników. Ona natomiast jest dziewczyną pozbawioną pamięci, a co za tym idzie, także własnej tożsamości. Zagubiona zarówno w rzeczywistości, jak i we własnych wizjach, bardzo potrzebuje kogoś, komu mogłaby zaufać. Wspólnie przyjdzie im stoczyć walkę, w której stawką będą nie tylko losy dwóch narodów, ale także ich własne człowieczeństwo. W końcu wojnę bardzo łatwo wywołać, ale jej zakończenie zawsze przychodzi z dużo większą trudnością.

Do samej kreacji bohaterów nie mam zarzutów. Aż do końca nie potrafiłam się co prawda wczuć w Rena, jednak powodem tego była raczej moja ogólna niechęć do postaci tego typu niż jakiekolwiek braki warsztatowe autorki. Bardzo za to polubiłam Verę. Nie dość, że dysponuje jedną z najbardziej ukochanych przeze mnie fantastycznych mocy, to jest naprawdę dobrą, pełną wewnętrznego uroku osobą, która ze wszystkich sił próbuje się odnaleźć w świecie, który ją przeraża i przerasta. Niesłychanie łatwo przyszło mi się z nią utożsamiać i szczerze powiem, że z przyjemnością poczytałabym więcej o jej przeszłości. Moją sympatię zaskarbiła sobie również część postaci drugoplanowych, chociaż parę razy odnosiłam wrażenie, że jest ich odrobinę za dużo jak na powieść tej wielkości.

Chciałabym jednak wrócić do kwestii, którą poruszyłam już na samym początku, czyli światotwórstwa. W „Iluzji” widać, że autorka zna się na etnografii. Kultury, które ukazuje czytelnikowi, są barwne, urzekające i niesłychanie interesujące. Niestety, poświęcono im zdecydowanie mniej miejsca, niż początkowo sądziłam. Przez to cała ta bajeczna feeria miejsc, nazw i zwyczajów wydaje się być jedynie szkicem, zapowiedzią przepychu, który dopiero przyjdzie nam poznać. Zabrakło mi głębi, jednak jestem przekonana, że z każdym kolejnym tekstem rozgrywającym się w tym świecie białe plamy wypełnią się fantastycznymi i przemyślanymi szczegółami.

„Iluzja” spokojnie może uchodzić za debiut udany i taki, z którego autorka ma prawo być dumna. Posiada wszystkie elementy, które winny znaleźć się w zajmującej historii: bohaterów, których da się polubić (a przynajmniej nie znienawidzić ich do reszty), ciekawą intrygę, magię, walkę, sporo przyjaźni i świadomość tego, jakich problemów dotyka i co chce przekazać czytelnikowi. Nie znajdzie się tu dłużyzn czy informacji niepotrzebnych, wręcz przeciwnie, czasami aż prosiłoby się o kilka zdań więcej. Ten niedobór w żadnym razie nie odbiera jednak przyjemności z lektury, dlatego na pewno warto zapoznać się z tą pozycją w jakiś wolny lutowy wieczór.

Premiera już 30 stycznia bieżącego roku. Książka ukaże się nakładem wydawnictwa SQN.