Niech nas poniesie miły wiatr (R.M. Romero, Lalkarz z Krakowa)

W Krainie Lalek domy buduje się z piernika, na łąkach rosną cukrowe kwiaty, a gwardziści królowej noszą srebrne mundury z tkaniny podarowanej przez gwiazdy. W swojej małej chatce Karolina szyje przepiękne stroje, wszywając w ściegi dobre życzenia.

Aż pewnego dnia zza szerokiego morza przybywają szczury.

W Krakowie żydzi i chrześcijanie żyją obok siebie we względnej zgodzie. Lalkarz ciągle śni o wojnie, w dzień jednak koszmary bledną i zastępuje je magia, która wychodzi spod jego rąk i napełnia radością twarze dzieci.

Aż pewnego dnia granicę kraju przekracza niemiecka armia.

Nie jestem pewna, czy mogę znaleźć słowa oddające sprawiedliwość tej wstrząsającej książce. O drugiej wojnie światowej wiemy wszystko, nawet jeśli mamy w głowach nie tyle pełną, zniuansowaną narrację, co zbiór obrazów lub uproszczonych faktów: maszerujący żołnierze, strzelające karabiny, powiewające flagi, gwiazdy Dawida, komory gazowe… Ogromne zniszczenia i apokalipsa, po której świat już nigdy nie był taki sam. Różnie bywa z rozmawianiem o historii w naszym kraju – mamy skłonność do wpadania w skrajności i ciągłego szukania winnych, ale też odcinania się i spychania pewnych zjawisk na margines. To nie my, to oni to zrobili. My jesteśmy niewinni.

Powieść R.M. Romero, amerykańskiej pisarki, ukazuje koszmar okupacji z jednostkowej perspektywy, prezentując różnorodne postawy za pomocą bohaterów: Cyryla Brzezika, pół-Polaka, pół-Niemca, który stara się wykorzystać swoją uprzywilejowaną pozycję, by zrobić cokolwiek dobrego; Józefa i Reny – ojca i córki, skrzypka i przyszłej artystki, Polaków i żydów; piekarza, który poddaje się propagandzie i zasłania okna, by nie widzieć, co dzieje się na zewnątrz; SS-mana Brandta. Do tego dochodzą sporadyczne spotkania z łąkowymi nimfami i… Janosikiem. Jest też główna bohaterka: lalka Karolina, która prezentuje zewnętrzny punkt widzenia. Zna wojnę, ale nie tę; absurdy i okrucieństwo okupowanego Krakowa ją zadziwiają, nie zgadza się na nie i frustruje ją własna niemoc. Trafia do Lalkarza z niewiadomej przyczyny i ciągle liczy na to, że ma do odegrania rolę w walce z okupantem – i że wspólnie z Lalkarzem znajdą sposób na to, by wyzwolić Krainę Lalek. Iskierką nadziei są stopniowo odkrywane magiczne moce Cyryla, który przywołał duszę Karoliny i potrafi zmieniać żywe istoty w zabawki. Na co jednak zda się taka moc w samym środku apokalipsy?

Powieść Romero pokazuje kilka ważnych rzeczy. Po pierwsze: historia się rymuje. Nieistotne, czy jesteśmy akurat w wojennym Krakowie, czy magicznej cukrowej krainie – pewne zjawiska się pojawiają i trzeba być na nie przygotowanym. Ludzie są chwiejni i nie zawsze starają się postępować słusznie – najczęściej po prostu chcą przetrwać. Prawdziwymi bohaterami są ci, którzy nie potrafią patrzeć obojętnie na niesprawiedliwość i krzywdę. Czy uratują tym świat? Zapewne nie, bo nawet w baśniach to za wielki ciężar na barki jednej osoby. Jednak choć czasami może się wydawać, że absolutnie nic nie możemy zrobić, to nawet najmniejszy akt dobroci zmienia świat.

Po drugie: nie bądźmy żabami w garnku. Od drobnych niesnasek do nietolerancji, od nietolerancji do dyskryminacji, od dyskryminacji do eksterminacji. Jeśli nie będziemy reagować, kiedyś zastukają do naszych drzwi i nie będzie już nikogo, by stanął w naszej obronie. To nie są frazesy – tak się zdarzało i zdarza, i jeśli mielibyśmy wyciągnąć ze swojej historii tylko jedną naukę, to niech to będzie właśnie to. Jeśli ktoś dzieli ludzi; jeśli zaczyna mówić o jakiejś grupie w sposób dehumanizujący; jeśli przedstawia wyższość jednej grupy nad inną jako oczywistość, jako wartość, o którą należy walczyć, jako sprawiedliwą przewagę – nie można, nie wolno nam pozwolić, by to trwało i rozpleniało się. W posłowiu do książki autorka wprost przyznaje, że opisując krakowskich żydów – najpierw przenoszonych do getta, a później wywożonych towarowymi wagonami na śmierć – ma na myśli nie tylko ich, ale także grupy dyskryminowane współcześnie. Nawet jeśli teraz jesteśmy na górze, to nasza sytuacja w każdej chwili może się zmienić.

Romero udała się ogromnie trudna sztuka takiego opisania tych trudnych tematów, by trafiły zarówno do dzieci, jak i starszego czytelnika. Nie ma tu naturalistycznej brutalności (nietrudno ją sobie jednak dopowiedzieć – mamy te obrazy w głowach), a jednocześnie nic nie zostało jednak nadmiernie złagodzone. Powieść skupia się na jednostkach i ich odczuciach, poczuciu bezsilności wobec morderczej manii, która ogarnęła cały świat. Poczuciu, że świat stał się tak kruchy, że każda rozmowa z przyjacielem może być ostatnia; frustracji, że choć wielu wokół przygląda się sytuacji z równą grozą, nic nie da się zrobić. Ciemna chmura zawisła nad światem i odebrała nadzieję, a co może nawet gorsze: poczucie sprawczości. Bohaterowie obserwują, co dzieje się na krakowskim rynku, z niepokojem patrzą na pogarszającą się sytuację przyjaciół, próbują wyciągnąć informacje z radiowych relacji i w szukaniu nadziei na przyszłość nie mają się czego złapać. Tutaj nic nie ma prawa skończyć się dobrze – i nawet jeśli Kraków zostanie wyzwolony, a szczury wrócą za morze, złamanych serc nic nie zaleczy.

Lalkarz z Krakowa zdołał uniknąć wielu błędów, których można było się obawiać przed lekturą. Autorka zrobiła solidne badania i nawet mieszkance Krakowa trudno się przyczepić do jej przedstawienia miasta. Powieść nie jest patetyczna ani wyidealizowana, nie jest laurką ani nie moralizuje. Może za sprawą nieuniknionego dystansu dzielącego autorkę od wydarzeń, może za sprawą tego, że w ograniczonym stopniu miała kontakt z polską narracją historyczną, powieść jest wyważona i ma wymiar bardzo uniwersalny. Opowiada historię osadzoną w konkretnym miejscu i czasie, ale nie tylko po to, by go zaprezentować, ale przede wszystkim po to, by pokazać podobieństwo tej sytuacji do innych, doświadczanych przez ludzi na całym świecie. Kluczowa jest pamięć – o ludziach, o ich wyborach, o tym, co udało nam się przetrwać, by już nigdy się to nie powtórzyło, żebyśmy już nigdy nie dali się oszukać manipulatorom i kłamcom.

W całym swoim smutku i bolesnej prawdzie ubranej w baśń, powieść Romero jest przede wszystkim olśniewająco piękna. Prosta, ale chwytająca za serce, najbardziej wstrząsająca w momentach, kiedy skupia się na najmniejszych rzeczach i w prosty sposób relacjonuje wydarzenia w okupowanym mieście. Dwa wątki – krakowski i fantastyczny – przeplatają się, ale nie korespondują wprost; sytuacje obu krain nie są powiązane, obie miały po prostu historycznego pecha. Nie są też ani jedyne, ani pierwsze, ani ostatnie. Tekstowi towarzyszą przepiękne prace graficzne – okładka autorstwa Lisy Perrin (warto zobaczyć inne prace autorki na jej stronie!) oraz ilustracje i ornamenty Tomislava Tomića. Nie mogę też pominąć przekładu, choć nie jestem tu obiektywna – ale cieszę się ogromnie, że właśnie obdarzona wielkim literackim talentem i wrażliwością Marta Duda-Gryc miała możliwość przetłumaczyć tę książkę.

Nie powiem, że polecam tę powieść – powiem, że uważam ją za lekturę obowiązkową. Przeczytajcie Lalkarza z Krakowa.