Niewidzialne monstra. O niebinarności i potrzebie reprezentacji

Użycie symbolu „_” w miejscach, gdzie zwykle w polszczyźnie występują litery oznaczające rodzaj gramatyczny, jest zamierzone. Powód zastosowania tego zabiegu powinien stać się jasny w trakcie czytania tekstu.


Jest ciepły czerwcowy dzień, ale trudno mi się skupić na pięknej pogodzie. Serce tłucze mi o żebra, oddech staje się płytki, wnętrza dłoni wilgotnieją. Z asfaltowej dróżki schodzę na wąską ścieżkę wydeptaną wśród nadrzecznych zarośli. Z jednej strony słyszę przejeżdżających rowerzystów, z drugiej niosące się po wodzie głosy spacerowiczów i wędkarzy. Sięgam do torby, kilkakrotnie sprawdzając przy tym, czy na pewno nikt mnie nie widzi.

Przebieram się w pośpiechu.

*

Dziwnie jest uświadomić sobie nagle, że jest się osobą niebinarną płciowo. Moje myślenie o sobie sam_ gwałtownie się zmieniło, a jednocześnie wiele wspomnień w świetle tego odkrycia nabrało nagle nowego sensu. Na przykład ogromne przywiązanie do Gogo z Final Fantasy VI: spowitej w skutecznie ukrywające tożsamość warstwy ubrań osoby, której dołączenie do drużyny pozostali bohaterowie komentują, zastanawiając się: „Czy to mężczyzna? Kobieta? Czy powinniśmy spytać…?”. Była to dodatkowa, ukryta postać bez żadnego wpływu na fabułę (choć obdarzona potężnymi umiejętnościami) – a jednak jej nieokreśloność sprawiła, ze z miejsca stała się jedną z moich ulubionych. Podobnie było, kiedy wciągn_ł_m się w Fallen London. Możliwość grania kimś o „tajemniczej i nieustalonej płci”, do kogo napotkani mieszkańcy Upadłego Londynu zwracają się per „Proszę pana, eee… pani, eee… tak…” napełniała mnie nieproporcjonalną wręcz radością.

Być może powinno mnie to było zastanowić, ale tak się nie stało. Jeszcze nie wtedy.

*

Wychodzę z powrotem na ścieżkę. Wcześniejszy strach zniknął, zastąpiony ekscytacją: naprawdę to zrobił_m! Jestem ubran_ tak, jak mi się to marzyło, wbrew normom związanym z płcią, którą przypisano mi przy urodzeniu.

Natychmiast jednak pojawia się nowa obawa. W miarę możliwości zadbał_m oczywiście wcześniej o poczucie komfortu i bezpieczeństwo. Jestem w mieście, które znam, ale w którym nie mieszkam na co dzień i w którym nikt mnie nie rozpozna. W mieście, które nawet według standardów kraju o wiele przychylniejszego osobom LGBTQ+ niż Polska cieszy się reputacją szczególnie przyjaznego. Mieszkający tutaj przyjaciel napisał mi, zanim przyjechał_m, że osoby nienormatywne płciowo czasami spotykają się z komentarzami pod swoim adresem, ale nigdy nie słyszał, by doznały przemocy.

Komentarze, ale bez przemocy. To i tak lepiej, niż się spodziewał_m.

A jednak gdy tylko wychodzę z powrotem na ścieżkę, boję się. Jeszcze parę chwil temu – podobnie jak przez całe dotychczasowe życie – był_m całkowicie przezroczyst_. Mogł_m wędrować ulicami miasta, rozkoszując się pogodą, widokami, byciem w miejscu, które kocham. Teraz ogarnia mnie dojmująca, niemal paraliżująca świadomość tego, jak bardzo rzucam się w oczy.

Z naprzeciwka nadchodzi starszy mężczyzna z psem. Nie wie o tym, ale jest pierwszą osobą, która widzi mnie w moim nowym wcieleniu. Czy mnie zauważy? Czy coś powie?

Postanawiam uprzedzić, rozbroić ewentualny atak, i kiedy się mijamy, rzucam pogodne: „Dzień dobry!”.

Odpowiada na moje powitanie i przechodzi obok.

*

Chociaż sam moment uświadomienia sobie swojej niebinarności był raczej nagłym olśnieniem, to jestem pew_n_, że doprowadziły mnie do niego dwie postacie. Pierwszą z nich była Osgood (w tej roli Ingrid Oliver) z serialu Doctor Who: członkini militarno-naukowej organizacji UNIT, która dzieli swoją tożsamość z przedstawicielem zmiennokształtnej rasy Zygonów. Kiedy Doktor spotyka tylko jedną z nich i pyta, czy rozmawia z człowiekiem czy Zygonem, bohaterka odpowiada: „z Osgood”, nie godząc się w ten sposób na wpisanie w jedną z dwóch możliwości. Dlatego też, choć temat jej tożsamości płciowej nigdy nie został w serialu poruszony, z miejsca dostrzegł_m w niej symbol niebinarności.

Jakiś czas później dzięki The Good Place poznał_m Janet: istotę będącą połączeniem infolinii i dżinna spełniającego życzenia, której zadaniem jest pomaganie mieszkańcom tytułowego Dobrego Miejsca. Janet (D’Arcy Carden) prezentuje się światu jako kobieta, jednak kiedy którekolwiek z bohaterów używa wobec niej określenia „dziewczyna”, Janet ze swoim charakterystycznym, spokojnym uśmiechem wtrąca: „Nie jestem dziewczyną”. Jej odpowiedź można rzecz jasna odczytywać na kilka różnych sposobów: być może chce w ten sposób podkreślić, że nie jest człowiekiem albo że w ogóle nie dotyczy jej kwestia płciowości w naszym ziemskim rozumieniu. Ja jednak znów, tak samo jak w przypadku Osgood, jak w przypadku Gogo, poczuł_m podekscytowanie na myśl o tym, że jej tożsamość jest po prostu bardziej złożona i nieredukowalna do tak prostych kategorii. Na myśl o tym, że ja sam_ m_gł_bym o sobie mówić: „Nie jestem dziewczyną. Nie jestem chłopakiem. Jestem A”.

 

Obie te postacie mają pewną cechę wspólną: choć wyglądają jak ludzie, to ludźmi nie są. Niebinarność Osgood oznacza odrzucenie nie tylko tożsamości Zygona, ale także człowieka. Janet, mimo że niemal wszechmocna i mimo że serial rzuca w pewnym momencie nieco światła na jej życie emocjonalne, przez większość czasu pełni funkcję magicznej Siri, a bohaterowie kilkakrotnie muszą ją dezaktywować – co wskazuje, że nie do końca jest ona przez nich (a może i przez serial) traktowana jako pełnoprawna osoba.

W alternatywnym tłumaczeniu Final Fantasy VI tekst wprowadzający postać Gogo brzmi: „Mężczyzna zakryty dziwacznym strojem… A może kobieta? Być może w ogóle nie człowiek…”.

Janet z serialu The Good Place

 

*

Mijam (bez reakcji) kolejnych kilka osób, później wychodzę na ulicę, gdzie może mnie zobaczyć znacznie więcej ludzi. Nikt nie komentuje mojego wyglądu, więc nieco się uspokajam. Ciągle jednak jestem w stanie jedynie iść naprzód ze wzrokiem utkwionym przed siebie. Ciągle zastanawiam się, czy inni na mnie patrzą, co sobie na mój widok myślą.

Kieruję się do niewielkiego parku. To jedno z moich ulubionych miejsc w mieście, a poza tym jest dopiero wczesne popołudnie, więc spodziewam się, że nikt nie będzie mnie tam niepokoił. Może uda mi się nieco ochłonąć, skupić bardziej na przytłumionej w tej chwili radości z tego, że wreszcie wyglądam tak, jak chcę.

W parku rzeczywiście nie ma zbyt wielu osób, więc siadam pod drzewem i wyciągam książkę. Ale zanim się w niej pogrążę, rozglądam się jeszcze i zauważam młodego mężczyznę. Siedzi na murku kilkadziesiąt metrów dalej i patrzy w moją stronę. Odwraca głowę. Po chwili znów na mnie zerka. Czy dostrzega, jak wyglądam? Że jestem ubran_ w niezgodny z normą sposób? Czy do mnie podejdzie?

Nie podchodzi – spogląda w moją stronę jeszcze kilka razy (cały czas dyskretnie go obserwuję), a po dziesięciu minutach odchodzi, ale moje myśli gonią w najrozmaitszych, niezbyt przyjemnych kierunkach. Znajduję więc po raz kolejny ustronne miejsce, w którym mogę przebrać się z powrotem. Znów jestem niewidzialn_ i dopiero teraz – wreszcie – mogę zająć się lekturą. Jestem wyczerpan_, ale czuję ulgę.

Mężczyzna po kilkudziesięciu minutach znów się pojawia. Spogląda na mnie z odległości, gdy przechodzi. Tym razem otwarcie odwzajemniam jego spojrzenie.

*

Angielskie słowo monster wywodzi się od łacińskiego monstrum, które z kolei pochodzi od słowa oznaczającego ostrzeżenie lub oznakę niezadowolenia bogów. Potworność odnosi się więc do wszystkiego, co nienaturalne (gdzie „naturalność” jest oczywiście pewnym społecznym konstruktem), co prowokuje do przyglądania się, komentowania, a czasem również do przemocy. Do wszystkiego, co pomoże usunąć nieprzystające i niepożądane elementy i na powrót zaprowadzić ład w swoim świecie.

Istnieje długa tradycja przedstawiania queerowości jako czegoś potwornego, na przykład w filmach. (Na YouTube można znaleźć wiele analiz biorących pod lupę na przykład queerowe aspekty wizerunku disneyowskich antagonistów). I choć takie podejście spotyka się często ze słuszną krytyką, w społeczności LGBTQ+ są i takie osoby, które wywracają tradycyjne schematy do góry nogami, czyniąc z monstrów aspiracyjne figury, z których mogą czerpać siłę.

Choć i Osgood, i Janet mają ten potworny, nie-ludzki rys, są potworami nietypowymi. Zazwyczaj monstra stanowią bowiem część audiowizualnego spektaklu, przyciągają swoją odmiennością uwagę. One natomiast są w swojej potworności niewidoczne: w ich role wcielają się cispłciowe aktorki, same postacie tak samo też się prezentują.

Dopóki żył_m w ukryciu, zupełnie mi to nie przeszkadzało. Podobało mi się wręcz, że jest to pewien sekret, który dzielę z obiema bohaterkami. A jednocześnie fascynowały mnie wtedy queerowe potwory – przyciągały uwagę i wydawały mi się o wiele ciekawsze niż postacie zwykłych ludzi. Może za ich pośrednictwem próbował_m zakosztować widoczności?

Jednak tamtego letniego dnia, kiedy przebrał_m się w wymarzony strój, poczuł_m się widoczn_ aż nadto. Poczuł_m siłę spojrzeń, prawdziwych albo wyimaginowanych, która była niemal paraliżująca i która rodziła straszne poczucie wyobcowania. Okazało się, że bycie potworem jest trudne, a przecież spędził_m w tej roli niewiele czasu i ostatecznie udało mi się uniknąć przykrości. Mój spacer mógł się skończyć znacznie gorzej. W końcu potwory, jakkolwiek nie byłyby fascynujące, o ile nie grają w filmie wyreżyserowanym przez Guillermo del Toro, ostatecznie zawsze muszą zostać odegnane lub zabite.

Na co dzień nadal ubieram się w sposób zgodny z przypisaną mi płcią. Wiele osób nie ma takiego luksusu; każdego dnia są narażone na spojrzenia, na komentarze, na przemoc. Jeśli potwory dają im siłę, żeby stawiać temu wszystkiemu czoła – wspaniale. Jednak taka siła nie powinna być wymogiem do funkcjonowania w świecie. Zacz_ł_m więc o wiele bardziej doceniać, kiedy osoby w różny sposób nienormatywne są widoczne, ale przedstawiane przy tym jako zwykli ludzie. Marzy mi się w związku z tym szersza reprezentacja osób prezentujących się niestandardowo pod względem płci, trans i niebinarnych. Istnieją pewne (stereo)typowe przedstawienia, ale nie wyczerpują one przecież naszej różnorodności. Są osoby bardziej androgyniczne, są też takie jak ja, po których łatwo odgadnąć, do jakiej kategorii zaliczono je przy urodzeniu. Kiedy więc zmieniam swój wygląd na bardziej niestandardowy, będzie to bardzo łatwe do zauważenia. A ja chciał_bym móc ubierać się w taki sposób, jaki mi odpowiada i nie czuć, że mogą mnie z tego powodu spotkać złośliwości albo wyzwiska. Chciał_bym, aby bliskie mi osoby nie reagowały dyskomfortem i dezaprobatą na myśl o tym, że ubieram się w coś „niewłaściwego”. Chciał_bym, aby postrzegano mnie jako to, kim jestem: nie dziewczynę, nie chłopaka. Nie potwora. Tylko A.

I żeby to była najzwyklejsza rzecz pod słońcem.

Osgood z serialu Doctor Who