O magii i dorastaniu („Dziewczynka, która wypiła księżyc”, Kelly Barnhill)

Okładka książki "Dziewczynka, która wypiła księżyc"Czasem bywa tak, że nasłuchasz się o jakiejś książce pochlebnych uwag i zyskasz pewność, że to pozycja dla ciebie, że pokochasz ją od pierwszych stron… Po czym przez bardzo długi czas nie możesz się zabrać za czytanie, bo ciągle coś ci wchodzi w drogę. Tak właśnie było ze mną i Dziewczynką, która wypiła księżyc autorstwa Kelly Barnhill. Na całe szczęście wolna chwila wreszcie się znalazła, a ja mogłam cofnąć się o te dziesięć lat z hakiem i znów poczuć się jak mała, żądna przygód dziewczynka.

Autorka doskonale sobie radzi z tworzeniem współczesnej baśni i w przemyślany sposób gra z wymogami gatunku. Mamy więc Samotną Wioskę pośrodku Ciemnego Lasu, której mieszkańcy żyją w strachu przed Złą Wiedźmą. Mamy też Nieczułych Urzędników odbierających dzieci ich rodzicom, Tajemniczą Wieżę oraz Tę Drugą Stronę Lasu, gdzie ludzie żyją w dostatku i szczęściu. Jednakże nic nie jest takie proste, jak się wydaje, bo oto Zła Wiedźma nie porywa i zjada dzieci, lecz ratuje je od pewnej śmierci i oddaje nowym rodzinom, uprzednio karmiąc je światłem gwiazd, aby zapewnić im szczęście w życiu. Wśród Nieczułych Urzędników znajduje się chłopiec, który nie może patrzeć na niesprawiedliwość i zaczyna kwestionować to, co o świecie naopowiadali mu dorośli. A im więcej wiemy o Tajemniczej Wieży, tym bardziej zdajemy sobie sprawę z tego, że to nie w Ciemnym Lesie czai się prawdziwe zagrożenie.

W samym środku tego wszystkiego znajduje się zaś Luna, którą wiedźma przez przypadek nakarmiła nie tylko światłem gwiazd, ale też księżyca, tym samym napełniając jej ciało czystą magią. Magią, która – co warto nadmienić – bardzo lubi się z psotnej i energicznej dziewczynki wylewać w najmniej odpowiednich momentach. Wychowanie takiego dziecka okazuje się wielkim wyzwaniem dla starzejącej się czarownicy, nawet przy wsparciu starożytnego Potwora z Bagien (prawdziwego dżentelmena cytującego przy każdej okazji słowa Poety) oraz  kochającego cały świat smoka, który nie może dorosnąć. Magię Luny należy więc ograniczyć – co ma ostatecznie swoją cenę.

Przez dużą część historii wydaje się, że mamy do czynienia z dwiema przeplatającymi się opowieściami o dorastaniu: Luny oraz Antaina, chłopca, który dostrzega zło w postępowaniu współmieszkańców wioski. Jednak dalej znajdziemy też jeden z najpiękniejszych moim zdaniem wątków całej książki, czyli historię biologicznej matki Luny. Kobiety, która miała odwagę bronić swojego dziecka, za co została ukarana i zamknięta w odosobnieniu, skazana na zapomnienie. Stopniowo popada w szaleństwo, nie może sobie przypomnieć nawet własnego imienia, ale cały czas pamięta o córce, dla której jest w stanie poświęcić wszystko. I oto mamy trzy pokolenia: babka-czarownica, matka i córka, wszystkie mające swoje tajemnice, popełniające błędy i uczące się od siebie nawzajem.

Jest i czwarta „główna bohaterka”, ale zdradzenie jej tożsamości byłoby paskudnym czynem z mojej strony, lepiej poznać ją samodzielnie podczas lektury. Powiem tylko tyle, że wpływa ona na życie biednego Antaina równie mocno, co mała Luna i jej matka, a może nawet mocniej.

Dziewczynka, która wypiła księżyc to opowieść o dorastaniu, miłości, popełnianiu błędów, radzeniu sobie z uprzedzeniami i przeciwnościami losu, ale też o szaleństwie, śmierci i przemijaniu – jak każda dobra baśń. Kelly Barnhill napisała książkę niesamowicie liryczną, wzruszającą i doprowadzającą do śmiechu, a jej słodko-gorzkie zakończenie jeszcze bardziej zbliża nas do bohaterów. Jestem przekonana, że ludzie w każdym wieku mogą się z niej wiele nauczyć i, co przecież równie ważne, znaleźć w lekturze niezwykłą przyjemność. To na pewno nie jest powieść tylko i wyłącznie dla małych dziewczynek.