Pot, krew, testosteron (Jojo’s Bizarre Adventure, Hirohiko Araki)

Seria Jojo’s Bizarre Adventure (ジョジョの奇妙な冒険JoJo no Kimyō na Bōken) stała się światowym fenomenem z wielu różnych powodów – poczynając od ogromu popkulturowych aluzji, zarówno tych zawartych w samej serii, jak i generowanych przez nią (gros popularnych dziś memów ma początek właśnie w JJBA, zaś japońska popkultura czerpie z nawiązań pełnymi garściami. Szukać ich można od starych klipów Vocaloid – gdy po latach odpaliłam sobie Big Yellow Road Roller, poczułam, jak spływa na mnie oświecenie – po najnowszą serię anime Pokemon. Niech o skali tego zjawiska świadczy fakt, że nawet zdanie Is it JoJo reference? stało się memem samym w sobie), na ogromnym pechu do wersji animowanej kończąc.

Kadr z anime Jojo’s Bizarre Adventure z napisem To be continued
To be continued – jeden z najpopularniejszych, choć dość już leciwy mem pochodzący z serii o JoJo

JoJo nosił niesławny tytuł najdłużej nieekranizowanej mangi aż do 1993 roku, gdy wyprodukowano kilkuodcinkowe OVA (serię, która nie była emitowana w telewizji, tylko od razu trafiła do dystrybucji video) będące ekranizacją… drugiej połowy trzeciego arcu mangi, Stardust Crusaders, który właśnie się zakończył i bił rekordy popularności. (Tematem zainteresowała się nawet legendarna grupa rysowniczek CLAMP, która narysowała własną, jednorozdziałową mangę, będącą kontynuacją SDC, w której para bohaterów dorobiła się dziecka, które wykluło się ze złożonego przez jednego z nich jajka – jak same stwierdziły, ich zdaniem idealnie wpisuje się to w konwencję bizarre). Niestety, produkcje adresowane wyłącznie dla fanów zazwyczaj kończą się fiaskiem i nie inaczej było w tym przypadku – dalsze prace zawieszono i wznowiono je w roku 2000, kiedy to zekranizowano… pierwszą połowę trzeciego arcu mangi.

Kadr z anime Jojo’s Bizarre Adventure
Obie serie można znaleźć na YouTube – zarówno całe odcinki, jak i kompilacje Everything Worth Watching i można poprzestać bez większych strat wyłącznie na tych drugich

W międzyczasie, w 2007 roku, przeszedł bez echa animowany film na podstawie pierwszego arcu, Phantom Blood. Niestety obecnie dostępne są wyłącznie jego strzępki na YouTube.

Dopiero od 2012 roku możemy się cieszyć pełnokrwistymi ekranizacjami, które nie tylko doskonale oddają klimat serii (starsze obcięły większość elementów humorystycznych, skupiając się na dramacie), ale też wprowadzają powiew świeżości w dość leciwą już kreskę autora (pierwszy arc mangi, Phantom Blood, zaczął być wydawany w 1987 roku, zatem od ekranizacji dzieli go 25 lat). Anime okazało się być strzałem w dziesiątkę i kolejne odsłony (Battle Tendency, zekranizowane jako jeden sezon z Phantom Blood w 2012 roku, Stardust Crusaders z 2015 roku i Diamond in Unbreakable z 2016) nakręcały niesłabnące zainteresowanie serią i kiedy 21 czerwca tego roku internet obiegła zapowiedź długo wyczekiwanej, piątej odsłony cyklu, Vento Aureo, fandom oszalał, a wieści o anime wyparły z mojego walla na Facebooku nawet informacje o mundialu – co, jak myślę, bardzo dobrze pokazuje skalę zjawiska.

Czemu właśnie ta seria cieszy się tak wielką popularnością, że od ponad 30 lat wzbudza gorące emocje fanów? Częściowo jest to spowodowane sztuczką, po którą sięga wielu twórców innych ciągnących się przez lata tasiemców – cykliczne zmiany głównego bohatera. O ile w serii o gallifreyańskim Doktorze mamy do czynienia z charakterystycznymi dla jego rasy regeneracjami, w Star Treku – zmianami statku, którego załogę obserwujemy podczas przefantastycznych przygód, a w filmach o Jamesie Bondzie zmiana aktora po prostu następuje i musimy się z tym pogodzić i dokonać zawieszenia niewiary, o tyle w tym przypadku mamy do czynienia z rodziną, której kolejni członkowie dziedziczą nie tylko pseudonim JoJo (stworzony z kombinacji sylab imienia i nazwiska), ale też wieloletnie zatargi z nikczemnikami, którzy pragną przejąć władzę nad światem oraz zrównać rodzinę Joeasterów (Jo!) z ziemią. Jak widać, bycie JoJo to nie rurki z kremem, dlatego widz (czytelnik) nie nudzi się, śledząc kolejne starcia ze złoczyńcami sezonu.

Kadr z anime Jojo’s Bizarre Adventure - szeroko uśmiechnięty blondyn
Najbardziej memicznym złoczyńcą jest, rzecz jasna, on, Dio

Razem z głównym bohaterem zmienia się też konwencja serii – przygody Jonathana działy się w wiktoriańskiej Anglii, Joseph odbywał swoje sekwencje treningowe w różnych zakątkach świata w dwudziestoleciu międzywojennym, Jotaro uczestniczy w sztampowej podróży do siedziby głównego złoczyńcy, walcząc po drodze z jego sługusami, Josuke dzieli czas między zagadkę kryminalną małego miasteczka a szkolne dramy (w tym momencie na chwilę obecną kończy się fabuła anime!), Giorno włącza się w szeregi włoskiej mafii, Jolyne staje się bohaterką Orange is the New Black, Johnny zostaje uczestnikiem trwającego cały arc konnego wyścigu przez Stany Zjednoczone rodem z westernów, a Gappy szuka odpowiedzi na pytania o swoją przeszłość (i niestandardową liczbę jąder). Ma to tę zaletę, że jeśli nie spodoba się nam główny bohater czy konwencja jednego arcu, w dalszym ciągu możemy eksploatować uniwersum, sięgając po przygody innych bohaterów – kolejne części są ze sobą powiązane i znajomość poprzednich ułatwia odnalezienie się w fabule, jednak nie jest to konieczne.

Grafika z bohaterami mangi
Grafika z wszystkimi JoJo, promująca grę Eyes of Heaven

Drugim powodem jest, tytułowe zresztą, bizarre – co w wolnym tłumaczeniu oznacza przerażająco dziwaczne. Nie chodzi tylko o wszechobecną przemoc i krew lejącą się gęsto – przygody bohaterów często są bizarre, zachowując przy tym wewnętrzną logikę, bizarre są nazwy i imiona (często oparte na nawiązaniach muzycznych, tak więc w drugiej części możemy obserwować walkę z ACDC, a w siódmej – z Dirty Deeds Done Dirt Cheap), bizarre są moce bohaterów (jeden z nich walczy za pomocą baniek mydlanych, inny za pomocą zamków błyskawicznych). Bizarre jest też kreska – w anime mocno uwspółcześniona w stosunku do oryginału, ale w dalszym ciągu najprościej ją określić jako fascynująco brzydką. Bizarre są (charakterystyczne zresztą dla japońskich produkcji) zjapońszczone anglojęzyczne nazwy (z niesławnym The World – Za Warudo na czele). Bizarre jest włoska mafia, której bohaterowie są tak włoscy, że nazywają się Pannacotta, Risotto czy Vinegar Doppio, bizarre są serduszka zdobiące stroje łotrów trzeciego sezonu (autentycznie zresztą przerażających i wzbudzających respekt – i to pomimo tego, że jeden z nich nazywa się Vanilla Ice, a drugi pomyka w spodniach z wyciętym kroczem), bizarre są różowe włosy w panterkę czy grzywka uformowana w trzy starannie ukręcone donuty. Przykłady można mnożyć.

Dwójka bardzo umięśnionych czarnych charakterów
Vanilla Ice i towarzyszący mu Cream

I w końcu – mocnym punktem serii są też postacie. Autor niesamowicie zręcznie gra kliszami i konwencjami, tworząc bohaterów, którzy fantastycznie wyrywają się ze sztampy, do której wydają się być początkowo przypisani. Ich cechy są często przerysowane do granic możliwości – widać to choćby w przypadku Jonathana, pierwszego JoJo, szlachetnego do bólu dżentelmena, który podczas jednej z pierwszych scen ze swoim udziałem zbiera ostry łomot od lokalnych łobuzów, przed którymi ratował damę w potrzebie, czy w momencie, gdy chwyta za gałąź drzewa, a ta pod wpływem napełniającej jej supermocy oraz szlachetności i dobra zaczyna kwitnąć. Jego antagonistą jest Dio Brando, który, gdyby był postacią literacką, niewątpliwie byłby nazywany nikczemnym. Zabija swojego ojca (i porównuje morderstwa do zjadania chleba), kopie pieska, upija się, a nawet kradnie pierwszy pocałunek ukochanej JoJo (!), słowem – twórca nawet na moment nie daje nam zapomnieć, kto jest pozytywnym, a kto negatywnym bohaterem historii, jednocześnie tak umiejętnie bawiąc się kliszami, że mimo sztampowości i przewidywalności zachowań postaci szczerze je lubimy.

Wizerunek Jonathana
Gdyby w Międzynarodowym Biurze Miar i Wag w Sevres miał stanąć wzorcowy cinnamon roll dziubu promyczek, postulowałabym wizerunek Jonathana

Jednak nie tylko przerysowywanie wybija postaci ze schematów. Tym, co widać na pierwszy rzut oka na grafikach promocyjnych serii, są umięśnieni faceci, którzy spokojnie mogliby wylądować na plakacie reklamującym siłownię czy odżywki proteinowe. I mimo tego, że seria, a zwłaszcza jej pierwsze sezony, polega głównie na walkach męskich mężczyzn (w pierwszych dwóch – za pomocą sztuki walki opartej na oddychaniu, w późniejszych – za pomocą uosobionych manifestacji dusz), autor zręcznie unika zjawiska znanego jako toksyczna męskość, czyli stereotypów mających charakteryzować rasowego samca alfa (zaś każdy, kto nie spełnia ich wyśrubowanych standardów, nie zasługuje na tytuł Prawdziwego Mężczyzny). Schematy łamane są na każdym kroku – od bohaterów z makijażem i dziwacznymi strojami (kabaretki, przypinka z delfinami ułożonymi w serduszko, spodnio-buty w motyw skóry węża, czapka ze strzałką biegnącą przez twarz i sugestywnie wskazującą w dół, dekolt w kształcie serduszka ozdobiony biżuterią z biedronkami czy grill na zębach to tylko niektóre z przykładów)…

Gyro Zeppeli – jeden z kluczowych bohaterów Steel Ball Run i autor pamiętnej pieśni o pizzy z mozarellą

…po relacje między postaciami. I tak, zdaję sobie sprawę, że gdy dwóch facetów pojawia się w jednym kadrze, gros fanek dopatruje się romansu, jednak autor świadomie mruga okiem do czytelników i to tak często, że momentami przypomina to raczej atak epilepsji. Na przykład kadr z tą piękną pozą (pozy zresztą to kolejna rzecz bardzo charakterystyczna dla serii – do tego stopnia, że na jednym z amerykańskich konwentów oceniano cosplayerów również pod kątem przybieranych póz) pochodzi z bardzo dramatycznego momentu, w którym bohaterom bynajmniej nie zbiera się na amory.

Praca zespołowa TM

Twórca ucieka nie tylko od schematów narzuconych przez popkulturę – często łamie również te, które sam stworzył, ku rozpaczy co bardziej konserwatywnych fanów. Każdy JoJo ma charakterystyczny wygląd i charakter, dlatego trudno określić, co cechuje typowego JoJo. Może być to nazwisko Joestar, jednak łączy ono tylko trzech z ośmiu obecnych JoJo. Może to być bycie mięsistym męskim mężczyzną – jednak po serii dwumetrowych kulturystów dostajemy androgynicznego Giorno czy poruszającego się na wózku Johnny’ego, będącego wiotką mimozą (z obowiązkową niebieską szminką na ustach). Może to być szlachetność i przywiązanie do zasad – jednak choć każdy JoJo kończy, biorąc udział w ratowaniu świata (lub przynajmniej okolicy), ich kręgosłupy moralne bywają bardzo elastyczne (jeden z bohaterów zdradza żonę, płodząc zresztą kolejnego JoJo, zaś Jotaro poznajemy w momencie, gdy siedzi w więzieniu – bynajmniej nie niesłusznie oskarżony! – a odwiedzającą go matkę nazywa dziwką). Imię i nazwisko, z którego intuicyjnie powstaje skrót JoJo, też ich nie łączy – czwarty i ósmy JoJo nosi nazwisko Higashikata. Nawet bycie facetem nie jest cechą wspólną – Jolyne, główna bohaterka szóstej części, łamie stereotypy dotyczące słodkich i piskliwych mangowych panienek, walcząc najpierw o swoją pozycję w więzieniu, a potem z kolejnymi złoczyńcami i nie dając się wtłoczyć w rolę damy w opałach i to mimo tego, że jej ojciec, jeden z najbardziej przekokszonych poprzednich JoJo, już po paru rozdziałach pojawia się, by ją uratować. Jolyne z gracją pokazuje fucka wszystkim wierzącym w zdanie bezużyteczny jak dziewczyna w shounenach (mangach adresowanych docelowo do chłopców) – i to na cztery różne sposoby!

Kadry z arcu Stone Ocean

Jeśli już o postaciach kobiecych mowa, to choć autor nie uniknął niestety kobiet, które służą wyłącznie jako satelity męskiego protagonisty, a ich czas antenowy jest w stosunku do mężczyzn mocno okrojony, większość wypada zdecydowanie na plus. Nawet jeśli nie są charakterne i silne jak Jolyne czy uczestnicząca w konnym wyścigu Hot Pants (a są to cechy, którymi według popkultury musi charakteryzować się kobieca bohaterka, by być lubiana przed odbiorcę), są w stanie wzbudzić naszą sympatię i aprobatę – wspomnę tu choćby Erinę, ukochaną Jonathana, która chcąc okazać pogardę chłopcu, który pocałował ją wbrew jej woli, robi to w sposób, który wydawał się adekwatny wiktoriańskiej panience – przemywa sobie przy nim usta wodą z zabłoconej kałuży.

I coś, na co zaczęłam zwracać uwagę, od kiedy odkryłam Pieśń Lodu i Ognia – mocno zredukowany plotarmor bohaterów. Kojarzycie produkcje, w których niezależnie od tego, w jak wielkim niebezpieczeństwie znajdzie się protagonista, nie jesteście w stanie się o niego bać, bo wiecie, że i tak musi wyjść cało z opresji? W JoJo tego nie uświadczycie. Owszem, momentami bohaterowie wydają się niedorzecznie niezniszczalni, jednak gdy przychodzi do konfrontacji z prawdziwym niebezpieczeństwem, zostają okaleczeni, straumatyzowani, pozbawieni bliskich. Giną. Postacie, które pojawiają się w więcej niż jednej części (a więc obserwujemy ich rozwój nawet przez kilkadziesiąt lat) wyraźnie dojrzewają, ich motywacje ulegają zmianie, często pod wpływem założenia rodziny, a śmierć bliskich uświadamia im, że nie są niezniszczalni – a członkowie ich rodziny, nierzadko pozbawieni supermocy, mogą zostać skrzywdzeni choćby przez to, że są z nimi powiązani. Daje to ogromny potencjał do rozwoju fabuły i Araki tego potencjału nie zmarnował.

Wisienką na torcie niech będzie znakomita muzyka – zarówno jeśli chodzi o czołówki i piosenki końcowe, jak i kawałki lecące w trakcie trwania odcinka (osobiście mam ustawione Pillar Men Theme jako budzik, a playlista na Spotify z czołówkami serii jest jedną z najczęściej przeze mnie odtwarzanych).

(Blood Steam, czołówka do Battle Tendency. Doświadczonym fanom polecam drinking game do wszystkich zawartych w niej spoilerów).

Jeśli macie ochotę na powiew świeżości, a także chcecie poznać genezę wielu popularnych memów, seria jest dla was. Tymczasem To Be Continued – do października!

Grafika promująca najnowszy sezon, Vento Aureo. Nie sposób nie wspomnieć, że ekranizacja przygód JoJo, którego heteronormatywność jest najczęściej kwestionowana oraz mającego biologicznie dwóch ojców, została ogłoszona podczas Pride Month

PS: W czasie, gdy powstawała ta notka, ukazał się teaser do Vento Aureo. Ponieważ uważam go za najpiękniejszą animowaną rzecz, jaką ostatnio widziałam, nie może go tu zabraknąć.  Serio – ta animacja, ta kreska, to wyraziste, ale nienachalne przedstawienie, jakie umiejętności ma każdy bohater. Nie sądziłam, że kiedykolwiek powiem to na początku wakacji, ale teraz już naprawdę nie mogę się doczekać października!