NaNoWriMo czyli dlaczego warto pisać „powieść w miesiąc”?

NaNoWriMo, czyli National Novel Writing Month (Narodowy Miesiąc Pisania Powieści), odbyło się w tym roku po raz dziewiętnasty. Początkowo była to mikroskopijna amerykańska akcja, która z biegiem czasu nabrała rozpędu i dzisiaj angażuje osoby twórcze ze wszystkich kontynentów. Cel jest jeden: w ciągu trzydziestu dni listopada napisać pięćdziesiąt tysięcy słów – niekoniecznie powieści. Biorący udział w akcji tworzą w tym miesiącu także fanfiki, opowiadania, prace dyplomowe, wpisy na blogi, recenzje i cokolwiek tylko przyjdzie im do głowy. Suma słów również jest rzeczą całkowicie umowną; jeśli dla kogoś sukcesem będzie wystukanie tysiąca słów przez miesiąc, to wspaniale, niech bawi się razem z nami! To ma być pisarska zabawa, a nie orka na ugorze.

Niebiesko-brązowe logo NaNoWriMo. Na górze znajduje się wikiński hełm. Na planszy herbowej w czterech polach są przedstawione kubek z kawą, laptop, dwa skrzyżowane pióra oraz stos białych kartek.Muszę przyznać, że w przeciągu ostatnich siedmiu lat bardzo przywiązałam się do NaNo i nie wyobrażam już sobie listopada bez pisarskiego szaleństwa; miesiąca, gdy przestaję odkładać rzeczy na później i jęczeć o tym, ile jeszcze powinnam wykonać researchu, a po prostu siadam i piszę. Daję się porwać, pozwalam tekstowi płynąć, a tym, co z tego wyniknie, zaczynam się martwić w grudniu. Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że wiele osób podchodzi do całej akcji z dość dużą rezerwą.  Właśnie dlatego chciałabym przyjrzeć się bliżej części zarzutów stawianych tej akcji i pokazać, że wcale nie taki diabeł straszny, jak go malują.

Często słyszę, że same założenia NaNoWriMo są złe, ponieważ stawiają ilość ponad jakość, a także uczą bylejakości i niepotrzebnego lania wody, aby tylko osiągnąć pułap tych mitycznych pięćdziesięciu tysięcy słów. Dla części komentatorów sama ta idea jest oznaką niedbałości uczestników i zaprzeczeniem wszelkich zasad twórczości literackiej. Nie mogłabym się bardziej nie zgodzić. Owszem, niepisaną umową między uczestniczkami i uczestnikami jest to, że przez te trzydzieści dni nikt z nas nie używa klawisza Backspace, nie kasuje całych scen i akapitów, nie przepisuje ich po dziesięć razy, tylko biegnie dalej, ciesząc się pisaniem. Jeśli jednak ktoś tak nie potrafi, nie musi pisać w ten sposób. Nic nie jest z góry narzucone. Nikt nikogo nie karze ani nie uznaje czyjegoś podejścia do tworzenia za gorsze czy mniej efektywne. Przecież to byłby jakiś absurd. Natomiast w kwestii „sztucznego nabijania słów” odpowiem tak: NaNo to wspaniała szkoła żonglowania synonimami i pracowania nad opisami. Fakt, że tym razem ma się granicę minimalną, a nie maksymalną, zachęca do tego, aby nie zastanawiać się nad tym, czy zdanie o kształcie wieżyczek zamku na pewno jest potrzebne. A nuż okaże się później, że jest to na tyle ważny element świata przedstawionego, że jako jedyny z całego fragmentu nie zostanie wyrzucony w procesie redakcji?Plakat NaNoWriMo z 2014 roku, nawiązujący stylistycznie do baśni.

Właśnie, redakcja. Nikt nigdy nie obiecywał, że po trzydziestu dniach radosnego i szalonego stukania w klawisze uczestnicy będą mieli przed sobą gotową powieść. Mają za to pierwszy szkic, a może jedynie zarys szkicu, ale przynajmniej coś mają. Coś, czego w październiku jeszcze nie było lub czego były jedynie fragmenty. Nad czym da się dalej pracować i na czym będzie się budować – a to już naprawdę dużo. Przyswojenie sobie lekcji, że nawet najgorsza i najbardziej dziurawa pierwsza wersja tekstu jest lepsza od jego wyśnionego ideału stworzonego jedynie w myślach, to jedna z tych rzeczy, za które jestem temu listopadowemu szaleństwu wyjątkowo wdzięczna.

Największa zaleta NaNo tkwi jednak moim zdaniem w tym, że jest to wyzwanie nastawione na wzajemne wsparcie, a nie na rywalizację. Regionalne fora dyskusyjne na stronie akcji mają pełnić funkcję miejsca, gdzie bez stresu można porozmawiać o swoich twórczych problemach, zrelaksować się, pochwalić fragmentem tekstu, który uważamy za szczególnie udany, czy zapytać o radę lub pomoc w researchu. Nie chcę wypowiadać się za społeczność ogólnoświatową, bo nie miałam z nią zbyt wielkiej styczności, ale ta polska jest wspaniała i w zdecydowanej większości bardzo otwarta, empatyczna i niesamowicie utalentowana. Mamy się czym pochwalić! Wśród osób biorących udział są zarówno uznane już pisarki, jak i ludzie, którzy swoją przygodę z pisaniem dopiero zaczynają. Wiek, płeć, dorobek literacki i otrzymane nagrody nie odgrywają tutaj żadnej roli. W listopadzie wszystkie pomysły są tak samo ciekawe i pasjonujące i wszystkim należy się doping. Nikt z nas przecież nie wie, co z tych porwanych fragmentów może później wyrosnąć, i właśnie dlatego w tym miesiącu możemy darować sobie ocenianie innych. Zamiast tego dzielimy się dobrym słowem, doradzamy i uwypuklamy to, co w stylu drugiej osoby nam się podobało. Może akurat napisała bardzo zabawny dialog albo stworzyła śliczny epitet? Warto to zaznaczyć. Komplementowanie czyjejś pracy sprawia, że w efekcie uczymy się też doceniać to, co sami stworzyliśmy. W świecie, gdzie krytykę można spotkać na każdym kroku, odrobina zachęty i optymizmu naprawdę nikomu jeszcze nie zaszkodziła.

Żółta podłóżna grafika z napisanem NaNoWriMo 2018 Winner

Z osobistego doświadczenia mogę powiedzieć, że NaNoWriMo to bardzo dobra szkoła pisania. Ucząca zadawania pytań tekstowi, wsłuchiwania się w to, czego chcą bohaterowie, eksperymentowania z formą i narracją, a przede wszystkim zmuszająca do przełamania strachu przed zaczęciem nowego projektu. Jaki będzie efekt końcowy? Tego nie da się przewidzieć. Istnieje jednak pewność, że nie przekonamy się, jeśli nie spróbujemy. Gorąco zachęcam wszystkich do wzięcia udziału w akcji w przyszłym roku. Pamiętajcie, liczy się udział i dobra zabawa!

Wszystkie grafiki pochodzą z oficjalnej strony akcji.