Pożegnanie z Margit Sandemo

Przez długi czas nie wiedziałam, jak się zabrać do tego tekstu – nie lubię pisać pożegnań. Musiałam się jednak przemóc, bo Margit Sandemo zdecydowanie nie zasługuje na odejście w ciszy.

Zdjęcie przedstawiające Margit Sandemo

Z Sagą o Ludziach Lodu, najbardziej znaną i rozpoznawalną serią jej autorstwa, zetknęłam się, gdy miałam 13 lat i dopiero zaczynałam świadomie odkrywać fantastykę. W moje ręce wpadł tom pierwszy – Zauroczenie, który przeczytałam w trzy godziny z wypiekami na twarzy, i potrzebowałam więcej. Bardzo polubiłam główną bohaterkę – Silje zachwyciła mnie swoją dobrodusznością i zrozumieniem, jakim obdarzała ludzi, z którymi się spotykała. Natomiast jej budząca się miłość do Tengela wydała mi się słodka i urocza, chociaż szczerze nie przepadałam wtedy za romansami. Na kolejne urodziny zażyczyłam więc sobie całą serię, wszystkie 47 tomów, po czym otrzymawszy je, przepadłam na kolejny miesiąc. Zatonęłam bez reszty w tych książkach i zakochałam się w Norwegii oraz skandynawskim folklorze. Te lekkie czytadła utwierdziły mnie też w przekonaniu, że tworzenie fantastyki to jest coś, czemu chcę się poświęcić, a po paru latach, podczas kolejnego czytania sagi od początku, otworzyły mi one oczy na to, że dla mnie najsilniejszym punktem każdej dobrej historii zawsze będą bohaterowie.

Nie twierdzę, że Saga o Ludziach Lodu to dzieło wybitne – ale też szczerze wątpię, aby autorka kiedykolwiek chciała do czegoś takiego aspirować. Zdarzają się tomy słabsze, mniej udane opisy i błędy w konstrukcji postaci, fabularne zbiegi okoliczności czasem bolą, a w niektórych momentach można przy lekturze poczuć wtórne zażenowanie… Tylko czy tego samego nie można powiedzieć również o masie innych serii, które jednak z jakiegoś powodu są stawiane dużo wyżej od tej? Trzeba przyznać, że napisanie liniowej historii jednego rodu, jego członków wychowanych w różnych czasach, różnych zakątkach świata i mających swoje własne wierzenia, przekonania i wartości to sztuka. Margit Sandemo się udało. Na kartkach tych 47 tomów spotykamy cały szereg postaci, z których zdecydowana większość została obdarzona złożonym charakterem i wiele wnosi do opowieści.

Okładka "Odchłani" - 3 tomu Sagi O Ludziach LoduMoim zdaniem Saga o Ludziach Lodu jak najbardziej zasługuje na zaliczenie do literatury fantastycznej. Nie tylko dlatego, że wiele znanych mi osób właśnie od niej zaczęło swoją przygodę z gatunkiem, ale przede wszystkim ze względu na to, w jaki sposób opowiada o rzeczywistości. Wbrew pozorom bowiem Margit Sandemo nigdy nie stawiała na pierwszym planie magii czy klątwy, którą dotknięty był ród Tengela Złego, a to, jak bardzo „nienaturalne” jest szalone dążenie do „normy”. Największym nieszczęściem Ludzi Lodu nie jest fakt, że ich przodek zawarł pakt z diabłem – z tym problemem można sobie jeszcze poradzić – ale to, że nie wpisują się w narzucane przez społeczeństwo ramy zachowań. Nie tylko ich linia krwi jest naznaczona „złem”, ale też większość członków rodu opowiada się za równością kobiet i mężczyzn, nie przejmuje się kwestią pochodzenia społecznego ani orientacją seksualną, a słowo „mezalians” jest im obce. Miłość jest najwyższą wartością, którą wyznają. Są tymi przerażającymi Innymi we wszystkich tego słowa znaczeniach. Autorka przez pryzmat swoich bohaterów pokazuje, że wyróżnianie się z tłumu nie jest niczym złym. Że dobrych ludzi też spotyka prześladowanie i dotykają ich nieszczęścia, a jednak zawsze na końcu wygrywa ten, kto pozostał wierny sobie i swoim bliskim – nawet bez pomocy magii!

Wiem, że wiele osób ma opory przed sięgnięciem po książki tej autorki, ponieważ traktuje się je jako „gorszy” rodzaj literatury. Do Sagi o Ludziach Lodu przylgnęła łatka kiepskiego romansidła paranormalnego, tej „okropnej” i wyszydzanej przez wielu literatury kobiecej za parę groszy. Osobiście jednak nie potrafię zrozumieć, dlaczego książka, którą czyta się z przyjemnością i szybko, musi być z automatu zła i niewarta papieru, na którym została wydrukowana. Ta seria potrafi zaczarować czytelnika i niesie za sobą jak najbardziej pozytywne wzorce postępowania – nie widzę więc powodu, aby wstydzić się jej czytania.

Margit Sandemo stworzyła całą plejadę niesamowitych bohaterów, którzy zostają z czytelnikiem jeszcze długo po zakończeniu serii. Nie chcę wymieniać wszystkich – zostanę przy trójce, która dla mnie zawsze była najważniejsza i najbardziej inspirująca. Sol Angelica, której dorastanie mogliśmy śledzić od tomu pierwszego, a która jest główną bohaterką Otchłani, to jedna z moich ulubionych literackich wiedźm – i w mojej opinii całkiem niezły wzór dla dziewczynek. Sol jest psotna, dość pyskata i doskonale wie, czego chce od życia, ale nie jest zła. Popełnia błędy tak jak każdy z nas, bywa okrutniejsza niż powinna, ale potrafi przyznać, że postąpiła niewłaściwie, i przeprosić. Jednocześnie pokazuje, że budząca się w człowieku seksualność nie jest niczym złym i nieczystym i nie należy się jej obawiać, a wręcz przeciwnie – celebrować. Muszę jednak przyznać, że jej dalsze losy, opisane przez autorkę w Sadze o Królestwie Światła, traktuję raczej jako auto-fanfik i nie biorę ich pod uwagę, gdy myślę o rozwoju tej postaci.

Okładka "Samotnego" - 9 tomu Sagi o Ludziach Lodu Uwielbiam również Sagę z Miłości Lucyfera oraz Mikaela z Samotnego. I o ile Saga jest, podobnie jak Sol, ucieleśnieniem walki o samą siebie, pochwałą inteligencji, sprytu i zdecydowania, o tyle Mikael dotyka tej bardziej melancholijnej strony mojej osobowości. Jest człowiekiem, który bardzo chciałby dopasować się do świata, w którym przyszło mu żyć, a jednocześnie jest na to zbyt wrażliwy, zbyt bezbronny wobec jego przemocy i niesprawiedliwości. Mimo że przeczytałam dziewiąty tom kilkanaście razy, to historia Mikaela nadal mnie porusza, w niektórych momentach doprowadza do łez i sprawia, że to właśnie z nim identyfikuję się najmocniej.

Ostatni tom Sagi o Ludziach Lodu nosi tytuł Czy jesteśmy tutaj sami? – oto pytanie, które teraz, w chwili, gdy żegnam się z autorką, wybrzmiewa w mojej głowie głośniej i czytelniej niż kiedykolwiek. Moja celtycka dusza zawsze rwała się do wiary w wersję Margit Sandemo i odpowiedzi: nie, nie jesteśmy i nie będziemy, na tym świecie wciąż tli się odrobina magii, a duchy opiekuńcze krążą gdzieś wokół nas. Teraz dołączyła do nich kolejna, nadzwyczaj świetlista dusza – i wydaje mi się, że nic nie będzie dla niej lepszym hołdem niż sięgnięcie po którąś z jej książek i zastanowienie się nad tym, czy to na pewno „tylko” romans paranormalny.