Równi, nie jednakowi (Fałdka czasu, M. L’Engle)

Historii o małych dziewczynkach ratujących świat – albo jakąś jego część – wbrew pozorom nie jest mało. Do tego nurtu należy też Fałdka czasu Madeleine L’Engle (której wznowienie ukazało się niedawno pod dość niefortunnym tytułem Pułapka czasu). Napisana w latach 60. powieść dla dzieci i młodszej młodzieży nie wyróżnia się może za bardzo fabułą. Ot, przygodowa książka o dzieciach wyruszających na ratunek swojemu ojcu, fizykowi, który pewnego dnia wyjechał na tajemniczą misję i niemal natychmiast słuch po nim zaginął. Matka czwórki rodzeństwa – zapalona chemiczka – ciągle wierzy, że jej mąż wróci, nawet kiedy mieszkańcy miasteczka coraz mniej subtelnie podśmiewają się, że jest naiwna, bo zostawił ją dla młodszej i mniej dzieciatej. W położonym na uboczu domu, w którym hula wiatr, żyje sobie spokojnie i tylko trochę smutno wraz z dziećmi – dwoma bliźniakami, ich zbuntowaną starszą siostrą Meg i młodszym braciszkiem, Charlesem Wallace’em, innym niż dzieci w jego wieku. Oraz, co bardzo istotne, psem (który nie odgrywa zbyt dużej roli, ale jest przekochany).

To właśnie Meg i Charles Wallace wyruszają na wyprawę. Ona – wiecznie rozgniewana i bardzo samotna jedenastolatka, on – pięciolatek w autystycznym spektrum, pod pewnymi względami zatrważająco dojrzały, pod innymi zupełnie nie. Oboje czują się inni i niezbyt są z tego zadowoleni; Meg wolałaby lepiej odnajdywać się w rzeczywistości i radzić sobie w szkole (do czego czuje się zobowiązana, jako że ma genialnych rodziców), Charles Wallace, choć nadzwyczajnie inteligentny, wie, że rówieśnicy nie będą dla niego łaskawi, gdy trafi już do szkoły, postanawia więc udawać głupiego. Zanim jednak zmierzą się  ze szkolnym koszmarem, mają większe problemy do rozwiązania – odkryć, co stało się z ojcem; rozgryźć tajemnicę staruszki mieszkającej w sąsiedztwie; pokonać mrok, który czai się na wszystko, co dobre i piękne. Łatwo przewidzieć, jak potoczy się cała intryga i jak się skończy. Jednak obok fabuły znalazłam sporo elementów, które mnie zaskoczyły i sprawiły, że postanowiłam o Fałdce czasu tutaj napisać.

Pierwszym, co przykuło moją uwagę, były bohaterki. Meg, marudna jedenastolatka, nie jest po prostu zbuntowaną chłopczycą – jest dziewczynką bardzo wrażliwą i wyobcowaną, kryjącą w sobie wiele gniewu i potrzebę działania, z którymi nie może zbyt wiele zrobić, oraz ogromne pokłady miłości i troski, które bardzo jej się przydadzą. Jej ważną cechą jest też zainteresowanie nauką – jest uzdolniona matematycznie, co w fabule nie jest bardzo istotne, ale jest po prostu czymś, co ją wyróżnia i co ona sama w sobie lubi. Obok niej jasno lśni jej matka – uzdolniona naukowczyni i rodzic, jakiego wszyscy zazdroszczą rodzeństwu Murrych; traktująca swoje dzieci po partnersku i z ogromną wrażliwością, ale też humorem. Na ich tle nawet niezwykły Charles Wallace wypada trochę blado.

Bardzo dużo jest w tej powieści sympatycznego podejścia do nauki – powstała ona zresztą w efekcie zainteresowania autorki fizyką. Począwszy od rodziców głównych bohaterów, fizyka i chemiczki zakochanych w swoich dziedzinach; on z pasji do nauki porywa się na największe ryzyko, ona wprawdzie zostaje, ale spędza wieczory w laboratorium (i gotuje gulasz na palniku Bunsena, bo nie chce przerywać eksperymentu), przez Meg z jej matematycznym zacięciem, po gdzieniegdzie pojawiające się ciekawostki i wtrącenia, które sprawiają, że przez cały czas pozostajemy w sferze fiction, które jest bardzo science(-friendly). Obok warstwy naukowej pojawiają się też bardzo wartościowe myśli, takie jak ciągle powracający motyw inności, która czasami utrudnia życie, ale nie jest ani dobra, ani zła – po prostu jest i już. Ważnym wątkiem jest planeta, na której wszyscy zachowują się tak samo, żyją w pełnej synchronizacji. Padają słowa, że to dobre miejsce, bo wszyscy są tam równi, co bohaterka kontruje z oburzeniem: „równi i jednakowi to wcale nie jest to samo”. Bardzo mnie też ujęła scena, w której Meg próbuje wyjaśnić koncepcję światła i widzenia przedstawicielce kosmicznej rasy, która nie ma oczu… Przecież dzień jest wtedy, kiedy jest ciepło, czyż nie? Jaki dziwny jest ten wasz świat, takie osobliwe rzeczy są w nim ważne. My nie wiemy, jak wyglądają rzeczy, ale wiemy, jakie są.

I choć wszystko jest, dość natrętnie, skąpane w monoteistycznej duchowości i może już trochę się zestarzało – w końcu powieść ma ponad pół wieku – to ciągle przekazuje proste, ale cenne myśli, zwłaszcza dla dzieci w wieku, w którym gwałtownie traci się pewność siebie. Najważniejszym, co według mnie przekazuje Fałdka czasu, jest to, że by dokonać czynów wielkich i ważnych, nie musimy koniecznie przekraczać samych siebie. Bohaterowie mierzą się z wielkimi problemami, ale ich rozwiązania osiągają za sprawą tego, co już mają i kim są. Chłopiec, który jest dobry z literatury i lubi poezję, słyszy wskazówkę: komunikuj się! Dziewczynka, która tłumi w sobie gniew, nie lubi siebie i nie jest zbyt dobra w byciu grzeczną i uprzejmą, słyszy wskazówkę: użyj swoich wad! Nie musisz nikogo zadowalać; nie musisz poddawać się presji i być taka jak inni; nie musisz się uśredniać, ujednolicać, dopasowywać. Nie musisz udawać kogoś, kim nie jesteś. Nie musisz negować tego, kim jesteś. Korzystaj z głowy i nie wstydź się tego, co czujesz. Bardzo proste. Bardzo potrzebne. W każdym wieku.