Twoje filmy nie są lepsze od moich

Miałam kilkanaście dni temu wyjątkową okazję (bo patrząc wstecz, nie napiszę „przyjemność”) porozmawiać z redaktorem i recenzentem sporego portalu poświęconego filmom i serialom. Nasza rozmowa zaczęła się być może i w sposób bardzo sympatyczny, mianowicie uświadomiliśmy sobie całą obecną w pomieszczeniu grupą osób, że wszyscy widzieliśmy już Infinity War i w związku z tym możemy przestać uważać na spoilery. Niestety miło było do momentu, kiedy powiedziałam, że najbardziej przejmuje mnie los postaci z Wakandy. Redaktor uznał, że to idealny moment, aby poinformować mnie (w słowach powszechnie uznanych za wulgarne), że Czarna Pantera to Bardzo Zły Film.

Nie będę przytaczać tu całej dyskusji, która potem nastąpiła, muszę jednak przyznać, że zaimponowały mi argumenty mojego rozmówcy, a konkretniej całkowity ich brak związku z tematem. W odpowiedzi na moje stwierdzenie, że podobało mi się, jak napisano postacie, dostałam informację o tym, że T’Challa jest ciekawszy w komiksach; zauważywszy, że jest to film przełomowy, co odbija się w wynikach finansowych, usłyszałam, że pan redaktor już wcześniej czarnoskórych superbohaterów oglądał, no przecież jest Luke Cage choćby i o co cały szum (tylko fakt, że leżał przede mną kochany laptop, uchronił mnie przed headdeskiem); wreszcie na argument, że Erik jest budzącym emocje antagonistą, odpowiedziano mi wiele mówiącym „Thanos jest lepszy”. Myślicie, że gorzej być nie mogło? Ha, okazało się, że nie wiem co to cierpienie, bowiem temat dziwnym trafem przeszedł w dyskusję o Ostatnim Jedi, który dla naszego redaktora jest – tak, zgadliście – bardzo zły (wstaw wulgarniejszy odpowiednik).

Nie uznałabym tej rozmowy za wartą opisania, gdyby nie to, że jest w tych nieadekwatnych argumentach (które zresztą nieraz czytałam w różnych formach w najróżniejszych sekcjach komentarzy) pewien intrygujący upór, aby udowodnić komuś, że nie może mu się podobać pewne dzieło, przy równoczesnym braku konkretnych dowodów na kiepską jego jakość. Obiektywnie porównywanie serii komiksów i jednego hollywoodzkiego filmu mija się z celem – ale autor tegoż oświeconego argumentu przekonany jest, że jego pogląd na tę sprawę powinien być obowiązujący, a że rozmówcy komiksów mogli nie czytać i patrzą na sprawę inaczej? To już pewna subtelność, którą nie każdy oświecony redaktor, bloger czy recenzent wyłapie. Fakt, że Czarna Pantera ma całkiem inną (i o wiele szerszą) dystrybucję niż serial Netflixa, nie mówiąc o budżecie, jest, no cóż, faktem – ale umykającym komuś, kto musi udowodnić, że film był całkiem niepotrzebny. Mogłabym wytykać te nieścisłości jeszcze długo, problem w tym, że rozsądek jakoś w takich rozmowach nie ma siły przebicia – a moja osobista opinia zestawiana jest z Jedyną Słuszną Wizją.

Widzicie, w tym miejscu dochodzimy chyba do sedna problemu, który ujrzałam wówczas w całej jego głębi: jeśli ktoś zawsze widział się w telewizji i wierzył, że kino robione jest dla niego, może czuć się bardzo skonfundowany tym, że nagle twórcy postanowili zrobić film dla innej grupy odbiorców. To nie zawsze musi być uświadomione, ale na pewno jest widoczne we wszelkich dyskusjach o filmach, które zawierają choć minimum reprezentacji. Prawda jest jednak taka, że może i małymi kroczkami, ale kino się zmienia i będzie się zmieniać. Nie oznacza to oczywiście, że nagle filmów dla Białych Mężczyzn™ będzie mniej, nie mam aż tak wielkich nadziei, ale oznacza to, że będą musieli odnaleźć się w rzeczywistości, w której nie każde dzieło kultury masowej powstaje, aby zaspokajać ich potrzeby.

Dlatego spieszę z pomocą – odpowiedź na to, jak rozmawiać o filmach, które nam nie pasowały, jest w sumie bardzo prosta – wystarczy powiedzieć: „Nie podobał mi się ten film”. Obrzucanie go epitetami, wymyślanie nietrafionych argumentów czy narzucanie komuś swojego zdania nie są potrzebne do zaakcentowania tego faktu. Większa część ludzkości zrozumie, że fan komiksów będzie kręcił nosem na film lub że konkretna dziura fabularna pochłonęła część twojej zabawy. Ba – być może wysłuchanie w zamian osoby, która dane dzieło uwielbia, mogłoby pomóc nam znaleźć w jego oglądaniu przyjemność? Może zamiast mruczeć pod nosem, że to film dla kobiet, warto by zastanowić się, dlaczego jest inaczej odbierany przez osoby różnej płci?

Ja wiem, to może być trudne, a tu jeszcze akapit ze specjalistyczną radą do krytyków, do których mój rozmówca się przecież zaliczał. Otóż jeszcze w szkole podstawowej, aby dostać maksymalną liczbę punktów za pisaną recenzję, trzeba było w niej zawrzeć kilka elementów, w tym, o ile dobrze pamiętam, „do kogo skierowany jest film? komu byś go polecił?”. Fascynujące, jak rzadko współcześni recenzenci zadają sobie to pytanie. I nie chodzi mi tu o powierzchowne „film dla fanów wyścigów samochodowych i pięknych kobiet”, tylko pogłębioną refleksję o tym, kto na film pójdzie/chodzi i dlaczego odpowiada on na czyjeś potrzeby. Recenzent, który nie potrafi spojrzeć poza swoją subiektywną opinię, jest po prostu Bardzo Złym Recenzentem. Nie ma dla mnie pola do dyskusji, jeśli ktoś nie rozumie, że film nie powstał dla niego i jego znajomości komiksów i seriali, ale na przykład dla amerykańskiej czarnoskórej społeczności, która nie widziała się wcześniej w takich narracjach. Nie ma wreszcie o czym rozmawiać, jeśli moja opinia może być dla kogoś właściwa lub nie w zależności od tego, czy pokrywa się z jego własną. W takich przypadkach mam do przekazania jedno – odczep się (wstaw wulgarniejszy odpowiednik) od naszych filmów. Nikt nie pytał cię o zdanie.