W pryzmacie (Annihilation, reż. Alex Garland)

Karolina Łukasik i Ela Głowacka rozmawiają o Anihilacji, która ostatnio podbiła Netflixa.

K: Przyznaję, że z prozą Jeffa VanderMeera jest mi nie po drodze – wydaje mi się, że widzę, jaki zamysł stoi za jego tekstami, doceniam kunszt języka i bogactwo rozwiązań, ale brak mi w tym wszystkim życia, czegoś, co by mnie autentycznie przejęło. Dlatego, znając książkowy pierwowzór Anihilacji, do filmu podeszłam z dużą ostrożnością. A ty?

E: A ja nie miałam przez pierwsze pół godziny świadomości, czyjego autorstwa jest pierwowzór. Trochę żałuję, że to się zmieniło przed końcem filmu. Przyznaję – VanderMeera znam mało, a tego, co znam, nie lubię. Ale, z drugiej strony, moje uwagi co do filmu z tym, co nie podobało mi się w Podziemiach Veniss nie mają nic wspólnego. Kunszt języka przełożył się na film bardzo smakowicie, prawda?

K: Tak, zgadzam się! Bardzo podobała mi się filmowa wizja Strefy X i wielobarwnych wykwitów, powracające motywy zlewających się kropli i budowanie obrazem atmosfery napięcia i lęku. I rozedrgane, oleiste powietrze odbijające wszystkie kolory tęczy – to nie pozwalało zapomnieć, że to miejsce tylko wydaje się znajome.

E: Dźwięk tylko to podkreślał, było kilka momentów, kiedy zapominałam o oddychaniu – ale może na razie powstrzymam się przed zdradzaniem szczegółów.

K: Dźwięk bardzo silnie kojarzył mi się z Arrival – i to była chyba zamierzony efekt. Oba filmy poruszają wszak podobną tematykę, choć rozgrywają ją zupełnie inaczej i inaczej rozłożone są akcenty. I o ile w Arrival również jest obecny element strachu – to w Annihilation miałam od początku poczucie konfrontacji, konfliktu, walki.

E: Tak, i to poczucie tylko narastało, podczas gdy Arrival miał pod tym względem kompletnie inną wymowę. Powiedziałabym, że ogólna tematyka oraz muzyka to jedyne wspólne elementy. Im głębiej, tym bardziej te dwa filmy zaczynają się różnić. Gdybym miała szukać najbliższego Annihilation filmu, byłoby to Solaris. I niestety, ale spośród trzech przeze mnie tu wymienionych, Annihilation podobało mi się najmniej.

Kadr z Anihilacji - pięć postaci z plecakami idących w stronę lasu

K: Przede wszystkim, czułam ogromną ulgę: w filmie nie zmieściło się wiele wątków, które drażniły mnie w książce, została natomiast eksploracja obcości poprzez pięć naukowczyń o bardzo różnych temperamentach. Szalenie podobała mi się wielowymiarowość Leny, głównej bohaterki. Pozostałe członkinie zespołu, szczególnie fizyczka Josie i psycholożka, doktor Ventress, też zapadły mi w pamięć.

E: Nie czytałam książek, więc moje spostrzeżenia będą zupełnie inne. Jedną z emocji, które zostały ze mną po filmie, było zadowolenie, że mogę wybrać sobie ulubioną bohaterkę spośród tylu różnorodnych, a jednocześnie równorzędnych postaci. To świetne doświadczenie. Oprócz tego, poza drużyną, miałyśmy kilka innych bohaterek – uczennicę Leny, strażniczkę w hazmacie. To jedna z bardzo mocnych stron filmu.

K: Bardzo podobała mi się też realizacja głównego pomysłu – czy to ten moment, w którym zdradzamy, co kryje się w Strefie X? Tytuł filmu zapowiada anihilację i ta faktycznie się odbywa: poprzez rozproszenie i przetworzenie wszystkiego wokół, wypłukanie światła, dźwięku, DNA, nawet myśli i wspomnień z funkcji i znaczenia. Iskrzenie (oryg. shimmer) jest mozaiką, która w pierwszej chwili oszałamia; w późniejszej scenie Lena zaprzecza, jakoby wykwity Strefy X były tylko koszmarne. „Niektóre były piękne” – mówi z rozmarzonym wyrazem twarzy, bo trudno nie zachwycić się feerią obcej przyrody. Za tym bogactwem kryje się jednak niebezpieczeństwo – w miejscu (stworzeniu? bycie?) tworzącym kolejne chaotyczne iteracje genów i funkcji nie ma przestrzeni na ukierunkowany rozwój. To chaos, który będzie ulegać stopniowej degradacji. Ten chaos wciąż podlega niektórym prawom fizyki, lecz im dalszej refrakcji ulega, im drobniejsze stają się jego elementy, tym trudniej znaleźć w nich sens.

E: Niestety, z mojego punktu widzenia trochę trudno też znaleźć sens w drugiej połowie filmu. Ogrom detali, sugestii, symboli podanych w bardzo atrakcyjnej formie, zamiast złożyć się w zgrabną całość albo chociaż wywołać poczucie zadowolenia z oglądanej historii, eksploduje w bardzo miłą dla oka formę, ale niewiele treści. Nie sądzę, żeby ta analogia była zamiarem autorów filmu.

K: Zgadzam się, że druga część filmu była dużo słabsza. Mam wrażenie, że autorzy ekranizacji próbowali zmieścić w dwugodzinnym filmie zbyt wiele wydarzeń i faktów, całą trylogię, by domknąć opowiedzianą historię. Podobała mi się niepewność finału, sceny, w których nie było oczywiste, czy śledzimy faktyczną osobę, powiedzmy, pierwowzór, czy odbicie, czy może ktoś z bliskich został przetworzony przez Strefę X na podobieństwo. W otoczeniu, które upodobnia się – przyjmuje cechy i fizyczne, i psychiczne – do odwiedzających je osób jest niesamowity potencjał. W książce widziałam ten zamysł, choć, moim zdaniem, emocjonalnie on wcale nie wybrzmiał. Film, niestety, to spłaszcza.

E: W filmach szukam, między innymi, logicznych ciągów zdarzeń. Lubię te, które zmuszają do zwracania uwagi na szczegóły i kojarzenia faktów. Annihilation zawiera mnóstwo wskazówek do rozwiązania tej finalnej zagadki tożsamości głównej bohaterki i jej męża, ale nie dostarcza satysfakcji z samodzielnego połączenia ich w całość. Nie zaskakuje też równie logiczną, alternatywną interpretacją – słowem, trop z okruszków ewidentnie rzucanych przez autorów wiedzie donikąd. Szkoda.

K: Mnie jednak sam finał się podobał. To, że Kane – lub ktoś, coś z twarzą Kane’a – i Lena (o ile to jest ona?) znajdują porozumienie poprzez to, że oboje wyszli ze Strefy X. Mam poczucie, że ich prywatny horror dopiero się zaczyna, bo nie mają jak zakomunikować ludziom wokół nich, przez co przeszli. Ten brak zrozumienia wyłania się już podczas przesłuchania Leny, której zadawane są pytania zawierające ukryte założenie, że Iskrzenie było czymś podobnym do ludzi — że miało cele, dążenia, pragnienia. (Szczególnie frapująca jest dla mnie kwestia teleologicznego rozwoju, co zawdzięczam warstwie wizualnej filmu). Ale zgadzam się, że scenarzyści rozrzucili wiele okruszków, które następnie zostały zapomniane – jak amnezja uczestniczek wyprawy na samym jej początku.

kadr promujący Anihilację- cztery niewyraźne postacie i piąta, główna bohaterka, z bronią w rękach na tle mieniącego się tęczowo lasu

E: Amnezja uczestniczek, a także tatuaż Leny, który wcześniej pojawia się na przedramieniu Anyi – braku wyjaśnienia tego detalu zwyczajnie nie mogę wybaczyć. Mam wrażenie, że umyka mi coś bardzo ważnego, a raczej chciałabym, żeby tak było! Tak czy inaczej, relacje między postaciami i postacie w ogóle to jedna z mocnych stron filmu. Każda z nich ma niewiele czasu, żeby zabłysnąć, ale mimo to udaje się naszkicować bardzo wyraziste, różnorodne osobowości.

K: Co więcej – nie są to stereotypy! (Mam odrobinę żalu o manipulującą psycholożkę, to motyw, który widzę nazbyt często – lecz i ona zyskuje bardziej ludzki rys). Lena, która w wielu scenach nie sili się na uprzejmość i podejmuje niekiedy złe decyzje, jednocześnie jest odważna i potrafi szybko reagować. Mam do scenarzystów zarzut, że skupili się przesadnie na pokazywaniu jej relacji z mężczyznami. Bez tego kontekstu usposobienie Leny było jeszcze bardziej wyraziste, a jednocześnie – sprowadzenie jej poprzedniego życia do dwóch mężczyzn odebrało siłę i znaczenie decyzji o dołączeniu do ekspedycji.

E: Nie zauważyłam zbyt wiele manipulującej psycholożki, ale jak wspomniałam, nie czytałam książki. Za to podana przez nią samą motywacja, która pchnęła ją w kierunku dołączenia do wyprawy, zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Obok Josie to zdecydowanie moja ulubiona postać. Za to drażni mnie jedyny chyba w tym filmie stereotyp, niestety dotyczący jedynej postaci niehetero – Anya jest zaczepna, głośna, trochę na pokaz twardzielska, z ewidentnymi problemami potwierdzonymi później. Undercuty są świetne, ale w tym wypadku zdecydowanie za dużo klisz.

K: OK, cofam wcześniejsze stwierdzenie o braku stereotypów, w przypadku Anyi jest ich stanowczo zbyt wiele. Ale chcę też zwrócić uwagę na jeszcze jeden aspekt filmu – dialogi. Najbardziej zapada w pamięć ten o motywacjach osób, które zdecydowały się na udział w wyprawie i o różnicy między samobójstwem a autodestrukcją, ale nawet pozornie prosta otwierająca scena, w której Lena prowadzi wykład, jest gęsta od znaczeń. (I te nawiązania do Henrietty Lacks przeplatające się przez cały film!).

E: Których nie zauważyłam! Dziękuję. Ten film nagle stał się jeszcze trochę lepszy.

K: Jestem pewna, że komórki rakowe, które Lena pokazuje studentom, pochodzą ze słynnej linii HeLa – zgadza się diagnoza i wiek pacjentki. Później, w retrospekcji, widzimy Lenę czytającą The Immortal Life of Henrietta Lacks (skądinąd wyśmienity reportaż). Zresztą można odczytać Annihilation jako metaforę historii komórek Henrietty i ich unieśmiertelnienia, a także klęski nauki, do której niemal doprowadziły. Szkoda, że raczej niezamierzoną.

E: Fantastyczne. Zauważyłam książkę, ale nie zdołałam odczytać tytułu. Unieśmiertelnienie pojawia się w filmie jeszcze raz, wspomniałam już o tym wcześniej – właśnie wtedy zapomniałam oddychać. Jedno ze zmutowanych stworzeń, wilkopodobny potwór, przejmuje głos jednej z uśmierconych przezeń postaci. Wrażenie jest szokujące, ale poza autentycznym strachem, którego też szukam w filmach, dostarcza jeszcze coś – pytanie, czym jest śmierć, na które nigdy nie było prostej odpowiedzi, a Annihilation jeszcze utrudnia jej znalezienie. Przynosi to jednak satysfakcję, nie rozczarowanie.

dwie bohaterki Anihilacji

K: Tak. Bardzo ciekawe są też sposoby, na jakie bohaterki radzą sobie z nadchodzącym – jeśli można tak to nazwać – końcem. Josie nie tyle się poddaje, co podejmuje decyzję o staniu się częścią Iskrzenia. Psycholożka chce poznać tajemnicę, zdobyć, choć na chwilę, władzę nad zjawiskiem. Iskrzenie zaś odbija i przetwarza jej ciekawość, wynagradza ją, pozwala bohaterce zająć pozycję siły. Lena toczy walkę ze swoim odbiciem i, paradoksalnie, by wygrać, musi się poddać. Ale ja wciąż nie mam pewności, kto odbiegł, a kto został, trzymając odbezpieczony granat w ręce.

E: Doszłam właśnie do wniosku, że jakaś wypadkowa obu Len, w obu przypadkach. W końcu jednym z motywów jest przenikanie i zlewanie się z sobą różnych organizmów. To wyjaśniłoby, dlaczego Iskrzenie nie jest już więcej potrzebne. Jeśli był tu jakikolwiek cel, został osiągnięty.

K: Chyba nie chcę wiedzieć, czy to zjawisko miało cel – sam proces odkrywania Iskrzenia i godzenia się z jego naturą był dla mnie fascynujący. Podanie jednoznacznej odpowiedzi zepsułoby to wrażenie obcości.

E: A ja lubię cele, ale zgodzę się, nie są tu szczególnie potrzebne, chociaż podoba mi się ten kierunek myślenia. Film jako taki również, chociaż daleko mi do zachwytu, który długo nie opuścił mnie po Arrival. I gdybym miała wskazać powody, wcześniej wymieniony chaos jest jednym z nich. Drugim, kompletnie niepotrzebny wątek romansu Leny z jej współpracownikiem. Jak gdyby naukowczyni nie mogła zarazem realizować swojej pasji, dawać upustu swojej ciekawości i mierzyć się z tym, co skrzywdziło jej ukochaną osobę – poczucie winy jako motywacja było w moim odczuciu zbędne.

K: Dla mnie również ten wątek był zgrzytem niepasującym do postaci Leny. Mimo wszystko jednak film pozytywnie mnie zaskoczył – po części dlatego, że nie wszystkie inspiracje Baudrillardem i Lacanem, wyraźne w książce, udało się przetłumaczyć na język filmu. I żałuję, że nie mogłam obejrzeć Annihilation w kinie, bo przyroda wewnątrz Iskrzenia na dużym ekranie musi robić jeszcze bardziej piorunujące wrażenie.

E: Oglądałam film bez kontekstu i możliwe, że miałam zawyżone oczekiwania, zwłaszcza po pierwszej połowie, która składała obietnice na poziomie Arrival. Nie zostały spełnione, ale Annihilation na pewno jest czymś nowym i wartym zobaczenia, mimo że złożonym z nie do końca dopasowanych części. Na pewno jest porażająco piękny i w równie piękny sposób straszny.