Wielka literatura nie popularyzuje czytania książek

Od dwóch-trzech lat chodzi za mną poczucie, że powinniśmy mieć narodowe czytanie, które pokazałoby, że literatura może być fajna i nie będzie masturbowaniem się jednym z polskich „mesjanizmów”. Których było aż cztery. I jest to przynajmniej o pięć za dużo.

Co jest złego w narodowym czytaniu w formie, w której istnieje od kilku lat? Może nic. To w końcu (zamierzony jako taki) sposób okazywania dumy narodowej, dumy z polskiej literatury, a nie ma nic złego w byciu dumnym z tego, gdzie się urodziło. Nawet jeśli samej nie miało się na to żadnego wpływu i niekoniecznie chce się brać udział w akcji organizowanej przez władze, dla których wizja Polski i prawilnej polskości jest budowana wokół martyrologii. I dlatego w jego ramach wraca się do lektur szkolnych z dość ciasnego przedziału czasowego, a które to lektury większości społeczeństwa kojarzą się z nudą i męczarnią lekcji języka polskiego. To – tak najzwyczajniej w świecie – książki i autorzy, którzy się zestarzeli. I choć tworzyli w okresie, kiedy budowało się poczucie narodowości, sami często to poczucie narodowej wspólnoty aktywnie tworząc – a więc do założeń akcji idealnie pasują – to są nudni i niedzisiejsi.

Ta akcja to dziś powieści, które mówią, że Polska jest najlepszym narodem. Wybranym Mesjaszem, czyli dzieckiem boga, które zbawi wszystkie inne „grzeszne” narody – co jest brzydko nacjonalistyczne, tym bardziej, że ukryte pod płaszczykiem dewocyjnej religijności i źle pojętego patriotyzmu. To też powieści, w których mężczyźni muszą rezygnować z miłości życia w imię większej sprawy, bo nie da się „oczywiście” połączyć osobistego szczęścia i pracy na rzecz drugiego człowieka. To powieści, gdzie młoda kobieta odmalowywana jest jako najgorsza z postaci tylko dlatego, że nie jest zainteresowana sporo starszym od niej mężczyzną, który „zakochał się”, widząc ją w teatrze i który w imię „miłości” wykupuje długi jej rodziny. To wreszcie tanie trójkąty miłosne z wielką historią w tle i, jak w tegorocznym przypadku, czysta bolesna grafomania. Nieważne, że podejmująca ważkie tematy – wciąż pozostaje grafomanią promującą szkodliwe, pokryte kurzem stereotypy, do których naprawdę nie warto wracać w 2018 roku.

Mnie tymczasem marzy się takie narodowe czytanie, które za cel obiera nie wbijanie się w dumę z polskości, ale pokazujące, że czytanie polskich autorek może być fajne. Że nie musi być w nim wielkiej narodowej martyrologii, żeby uznać książkę za wartą przeczytania przez wszystkie Polki. Nie dlatego, że powinny, ale dlatego, że to po prostu dobra zabawa. Do tego jednak trzeba by sięgnąć do literatury wydanej w ostatnich kilku latach – tej najaktualniejszej, najbliższej teraźniejszości, a same akcje organizować częściej i jako jedne z wydarzeń w mądrze pomyślanej i mocno powiązanej sieci promocji czytelnictwa sięgać po równo do mainstreamu i fantastyki (na tyle, na ile da się ten pierwszy oddzielić od tej drugiej), być może obracając podziały gatunkowe w ramach przewrotu myślenia o tym, co znajduje się w obu tych gatunkach i jak szerokie są granice nie tylko jednego z nich, tego „naszego”. Sięgać nie tylko po mężczyzn, ale na równi z nimi po kobiety, twórców interpłciowych i niebinarnych płciowo.

Dlaczego tak? Ponieważ dumy narodowej mamy już wszystkie wystarczająco dużo. Za to zwykłej frajdy z czytania tak naprawdę nikt nas nie uczy. I jeśli nie wyniesiemy jej z domu albo same się nie nauczymy, to Polska nam jej w żaden sposób nie pokaże. A przecież opowiadanie sobie historii i ich czytanie tworzy nas właśnie ludźmi – tą pratchettowsko-coheonowsko-stewartową pan narrans. Małpą, która tworzy opowieści o świecie i dzięki temu go zmienia. Lecz to można i warto zmienić – dokładając kolejne cegiełki pokazujące, co w polskiej literaturze jest nie tylko ważne z martyrologicznego punktu widzenia, ale i to, co jest w niej ciekawe, co dziś może nas skłonić do myślenia o świecie, w którym żyjemy, nie tylko pod kątem tego, jak dziś mamy dobrze (tudzież odrobiny nostalgii), ale i co możemy w tym naszym dziś zmienić na lepsze.