Wolność, sprawiedliwość i trochę nauki (Krystyna Chodorowska, Triskel. Gwardia)

Triskel. Gwardia planowałam przeczytać w pociągu – zrezygnowałam po szesnastu stronach, bo uznałam, że nie mam ochoty na ewentualne pytania, dlaczego płaczę nad książką. Zamiast lektury w podróży czekała mnie jedna nieprzespana noc, ale nie żałuję ani jednej minuty. Wręcz przeciwnie – strasznie żałuję, że przygoda z tą powieścią nie trwała dłużej. Krystyna Chodorowska pod każdym względem spełnia czytelnicze oczekiwania.

Okładka powieści "Triskel. Gwardia" autorstwa Krystyny Chodorowskiej

Sinead Clarke, posługująca się pseudonimem Mayday, nie dorastała w przyjemnym miejscu ani czasach. Jej rodzinna Sidheania od ponad trzystu lat znajduje się pod okupacją potężnego imperium, które bezwzględnie tłumi jakiekolwiek przejawy oporu wobec swojej władzy. Sinead przyłączyła się do rebeliantów, jednak po tym, jak została aresztowana razem z najlepszym przyjacielem, a on wziął na siebie całą winę, aby oszczędzić jej koszmaru więzienia, postanowiła skupić się na nauce i poszukać szczęścia gdzie indziej. Nic więc dziwnego, że przyjęła propozycję stypendium w Nowej Albie, dawnej kolonii imperium, której udało się uzyskać niepodległość. W kosmopolitycznym Scyld City czeka też na nią szansa rozwijania umiejętności manipulacji dźwiękiem, z którymi się urodziła – jako członkini Gwardii, czyli grupy osób obdarzonych niesamowitymi mocami, które mają pomagać w utrzymaniu w mieście porządku. Wszystko byłoby wspaniale, gdyby nie to, że w pewnym momencie Sinead przyjdzie się mierzyć nie tylko ze swoją przeszłością i problemami swojej ojczyzny, ale i zagrożeniem, którego nie interesują granice między wymiarami, a co dopiero te międzypaństwowe.

Książka podzielona jest na trzy części (w końcu triskelion ma trzy ramiona!), chociaż osobiście podzieliłabym ją raczej na dwie połowy. Pierwsza byłaby przepięknym politycznym fantasy, stanowiącym bardzo wyraźne odbicie naszej rzeczywistości. Druga zaś przechodzi raczej w fantasy naukowe, zanurzone w akcji typowej dla komiksów superbohaterskich. I, co może niektórych zdziwić, obie bardzo dobrze się dopełniają, pozwalając nam spojrzeć i na naszą główną bohaterkę, i na jej towarzyszy z wielu różnych perspektyw.

Triskel swoimi bohaterami stoi, co do tego nie mam najmniejszych wątpliwości. Sinead, zarówno jako młoda rebeliantka, doktorantka ogarniająca fundację dla swoich pobratymców, jak i ukryta pod maską bohaterska Mayday, jest postacią złożoną, pełną sprzeczności, a przez to niezwykle interesującą. Bez problemu można zrozumieć, dlaczego waha się, czy powinna pomóc ochronić człowieka odpowiedzialnego za śmierć ludzi, których znała – a gdy w końcu decyduje się, co w tej sytuacji zrobić, czytelnik wie, dlaczego postąpiła tak, a nie inaczej. To dziewczyna, która musiała dorosnąć zdecydowanie za szybko, wciąż jest lekko zagubiona i stara się odnaleźć siebie w nowej rzeczywistości, podczas gdy rzeczona rzeczywistość nie zamierza jej tego ułatwiać. Pięknie zarysowana jest jej relacja z Duncanem, przyjacielem, który odsiedział za nią wyrok, ale więzienie i reperkusje coś w nim zmieniły, coś złamały. Sam Duncan jest prawdopodobnie jedną z najlepszych postaci męskich, o jakich czytałam w tym roku. Pierwsza część książki, poświęcona w dużej mierze właśnie jemu oraz wspólnej historii jego i Sinead, urzeka, boli i wyzwala w człowieku gniew na brak sprawiedliwości w świecie przedstawionym. Gdy zaś w pewnym momencie nasz sidheański buntownik znika z narracji, to szczerze się za nim tęskni. Nie jestem w stanie do końca ocenić, czy to, co jest między nimi, to nadal głęboka przyjaźń, czy już zakochanie, czy też może – czemu kibicuję najbardziej – obie te rzeczy jednocześnie. Ich krótka rozmowa podczas incydentu z lordem Alexandrem wyraża potwornie dużo przy użyciu niewielu słów – pokazanie czegoś takiego to sztuka.

Ta dwójka to jednak jedynie wierzchołek góry lodowej. Mamy pozostałych członków Gwardii: rzeczową Burzę, skrzydlatą przedstawicielkę narodu, dla którego niezwykle zdolności to chleb powszedni oraz milczącego Kreta, byłego wojskowego obdarzonego ogromną siłą oraz umiejętnością regeneracji. W całej narracji widać to, jak bardzo cała trójka się między sobą różni i jak dalekie od siebie są ich dotychczasowe życiowe doświadczenia, a jednak zamiast obrażać się jedno na drugie i przekrzykiwać, próbują się nawzajem zrozumieć. Rozmowa Burzy z Sinead o tym, czy śmierć jednego człowieka może pomóc wyzwolić się zniewolonemu narodowi, zmusza do przemyśleń i stanowi jeden z mocniejszych elementów całej powieści. Mamy również Clary – przyjaciółkę Sinead ze studiów, która w wielu młodzieżowych powieściach byłaby zapewne jedynie elementem tła lub damą w opałach; w Triskelu ta postać egzystuje na swoich własnych prawach, ma poglądy i nie boi się ich wyrażać ani tym bardziej krytykować bohaterki, gdy widzi, że ta zaraz zawali swoje studia. Na pewno należy też wspomnieć o Aglai – zbiegłej Atlandce, byłej dyplomatce, która służy naszej trójce bohaterów nieodzowną pomocą i ważnymi informacjami; Danielu, bogatym i genialnym właścicielu wielkiej firmy, który chyba jednak nie do końca ogarnia, co się tam wyprawia za jego plecami; oraz czwórce sidheańskich nastolatków obdarzonych nadprzyrodzonymi mocami, którzy wplątali się w walkę, której nigdy nie powinny były toczyć dzieci. A gdzieś tam z boku spogląda na to wszystko niepokojący ojciec Patrick z parafii świętej Brygidy… I niby jak czytelnik miałby się nudzić przy takiej obsadzie?

Jak wspominałam, najbardziej urzekła mnie pierwsza część, skupiona wokół postaci Duncana. Irlandzkość aż się z niej wylewa. Nie byłam w stanie czytać o pacyfikacji marszu w Connacht bez łez w oczach i myśleniu o Krwawej Niedzieli w Derry. Równie mocno bolały mnie fragmenty o groźbach ze strony lojalistów, ale przede wszystkim te, w których autorka piętnowała brak sprawiedliwości. Żołnierze imperium mogli zabić dziesiątki niewinnych osób i nawet jeśli urządzono kilku z nich pokazowe procesy, to tylko po to, aby puścić ich wolno. To wszystko doskonale wzmacniały cieplejsze fragmenty opisujące mecze hurlingu (lub jakiejś jego lokalnej odmiany), w który grali i Duncan, i Sinead, wspomnienia imprezy na zakończenie szkoły czy nawet opis zapuszczonego budynku w Scyld City, który fundacja Sidheańczyków zaadoptowała na swój pub i dom kultury. Ta normalność i domowość tylko uwydatniała zło, wśród którego bohaterowie musieli się odnaleźć, oraz ich traumę.

Nie mam zastrzeżeń co do naukowej warstwy powieści – dla tak kompletnego laika jak ja wszelkie tłumaczenia dotyczące tego, jak działa jakiś wynalazek, wydawały się składne i logiczne. Spokojnie mogłam w to uwierzyć. Zdarzały mi się momenty, gdy moje zawieszenie niewiary przestawało działać – najczęściej wtedy, kiedy czytałam o rozszerzającym się zakresie umiejętności Sinead, ale jestem w stanie zrzucić to na karb tego, że fizyka zawsze stanowiła dla mnie czarną magię. Zdecydowanie bardziej trafiała do mnie jednak polityczna warstwa książki, opisy relacji między bohaterami i sceny akcji – te autorce wychodzą bardzo dobrze. Zdania są krótkie, zwięzłe, czuć pęd i siłę uderzenia polem siłowym czy robotyczną ręką (chociaż i tak wolę Duncana i jego staromodny karabin).

Na koniec warto jeszcze wspomnieć o ilustracjach autorstwa Wacława Wysockiego. Są estetyczne i nie przytłaczają swoją obecnością tekstu. Raczej jedynie wzmacniają skojarzenia z komiksem superbohaterskim. Trochę żałuję, że zabrakło ilustracji z pewnym ważnym obrazem pojawiającym się pod koniec powieści, ale domyślam się, że była to przemyślana decyzja autorki.

To nie była łatwa lektura – obfitowała w łzy, przekleństwa, ściśnięte gardło i ochotę stłuczenia pierwszej rzeczy, która się nawinie. I to nie dlatego, że powieść jest źle napisana, a bohaterowie zachowują się, jakby amputowano im mózgi – wręcz przeciwnie. Autorka doskonale uchwyciła to, że bez względu na to, jaką drogą podążą postaci, to nie będzie dobry wybór. Coś zostanie stracone, a ktoś będzie musiał zapłacić zdecydowanie za wysoką cenę za doprowadzenie wszystkiego do „szczęśliwego” końca. Po przeczytaniu ostatniego zdania i odłożeniu książki na półkę jeszcze długo towarzyszył mi ten dobry rodzaj wewnętrznego bólu, który każe się buntować przeciw niesprawiedliwości tego świata.

Napisanie ciekawej, obfitującej w akcję naukowej fantastyki, w której znajdzie się miejsce na wątki polityczne, wymaga niesłychanego wyczucia, które Krystyna Chodorowska na pewno posiada. Nie mogę się już doczekać powrotu do Scyld City i na Sidheanię; wierzę, że i autorka, i świat, i bohaterowie jeszcze wielokrotnie pozytywnie mnie zaskoczą.