Wszystkie ptaki na niebie („All the Birds in the Sky”, Charlie Jane Anders)

Nasze odczucia względem tej powieści wyrażone w pełni byłyby długie, ciężkie i zbyt zagmatwane, by dało się je przeczytać bez bólu głowy. Niemniej jest to książka, którą chcemy wam z całego serca polecić. I to właśnie postaramy się tu, w przystępniejszej formie, uczynić.

All the Birds in the Sky to debiutancka powieść queerowej amerykańskiej pisarki, Charlie Jane Anders, która opowiada historię młodej czarownicy, Patricii Delfine, i młodego geniusza komputerowego, Laurence’a Armsteada, których los wiąże, ponieważ jako jedyni potrafią dać sobie nawzajem zrozumienie, którego nie oferuje im nikt inny. Nieważne, czy mówimy o ludziach pozornie im najbliższych, czy – później – o przyjaciołach, którzy już naprawdę się nimi przejmują. To historia ich dorastania w świecie, który z każdym kolejnym etapem opowieści jest coraz bliższy samozagłady. A zarazem ta predystopijna rzeczywistość bardzo długo istnieje bardziej na obrzeżach świata Patricii i Laurence’a, którzy przede wszystkim muszą nauczyć się, kim sami są.

Powieść, podzielona na cztery części o odmiennych punktach skupienia, rozgrywa się na przestrzeni kilkunastu lat, zaczynając się w dzieciństwie bohaterów i mniej więcej naszej teraźniejszości, by w późniejszych etapach wkroczyć w bliską nam przyszłość. Gatunkowo to mieszanka fantasy (magia) i science fiction (technologia pozwala między innymi na mikroskopijne podróże w czasie). Patricia i Laurence zaś dążą do tego samego celu, ale różnice w postrzeganiu świata sprawiają, że porozumienie i sukces ich dążeń stają się prawie niemożliwe. Autorka dzięki temu może rozprawić się z ideą, że tylko nauka lub magia mogą naprawić świat i pokazuje inne rozwiązanie, które wcale nie wydaje się bzdurne.

Niestety (oby tylko póki co) powieść nie została przetłumaczona na język polski. Ale jeśli czytacie po angielsku, jest dość łatwo i w nie tak strasznej cenie dostępna w oryginale także dla polskich czytelników.

*

Okładka powieści All the Birds in the Sky autorstwa Charlie Jane Anders utrzymana w odcieniach niebieskiego drukowana we wzór w jaskółki i drobne kwiatki.

Najpierw zakochaliśmy się w okładce – która jest przepiękna, a choć na żywo bardzo łatwo łapie odciski palców, to wciąż zachwycamy się tą kolorystyką, wzorem w jaskółki i prostą, ale bardzo dobrze pomyślaną typografią. A i w środku składczyni z Titan Books odpowiedzialna za tę powieść bardzo postarała się, by układ wizualny książki w pozytywny sposób przykuwał uwagę.

Potem zajrzeliśmy do tekstu i zachwycił nas język pozostawiający w umyśle lekki posmak oniryzmu. Chwyciła też i sama historia. Może nie do końca podoba nam się pomysł, by magia w tym świecie była podzielona tylko na dwie kategorie (to nazbyt upraszcza tę fascynującą twórczą dziedzinę), a zakończenie, jakkolwiek samo w sobie pomysłowe i dobre, zostawia poczucie niedosytu. By dać wam pełniejszy obraz, dopowiemy, że w powieści jest właśnie magia, sama w sobie złożona z dwoistego podejścia (szczegółowa natura tej dwoistości tak naprawdę nie jest istotna, ale liczy się to, że istnieje tu podział na dwie gałęzie) oraz technologia, których konflikt o to, jak najlepiej uratować świat – i co to w ogóle znaczy ten „świat” – doprowadza pośrednio do z trudem osiągniętego szczęśliwego zakończenia.

W fantastyce wciąż brakuje nam jednak pójścia o ten niezwykle odważny i ważny krok dalej i pokazania nie tylko zalążka nadziei na lepszy świat, ale i jej pełnej realizacji. I, nie, nie mówcie, że to byłoby nudne. Dobra autorka, taka jak np. Charlie Jane Anders, podołałaby zadaniu napisania takiej przepełnionej nadzieją powieści tak, by wciągała i zachwycała. Jakkolwiek więc pozostajemy zachwyceni All the Birds in the Sky, o tyle wciąż czekamy, aż w gatunku zaczną pojawiać się także teksty głębiej czerpiące z poetyki nadziei.

Szkoda też, że tak trudna, dojrzała powieść zawiera też trochę niespójnych elementów, mieszających różne rejestry. Jak np. pierwsze pół wątku skrytobójcy, Teodolphusa Rose’a. O ile to drugie pół do pewnego momentu dobrze wpasowuje się w ton i tematykę powieści, o tyle pierwsze, choć dobrze napisane, jest wyjęte z zupełnie innej narracji. Skierowanej do młodszego czytelnika, mającej go rozbawić, ale niekoniecznie skłonić do głębszych refleksji. Ostatecznie jest to też wątek –  już w całości – z którego na koniec nic nie wynika. Teodolphusa czeka smutny los, a jego, zdawałoby się, poważne obawy zostają uznane za niewarte uwagi.

*

Obok liryzmu mamy też całą drugą część, która w swojej wrażliwości jest tak intensywna i trudna, że miejscami zwijaliśmy się ze współodczuwanego z postaciami bólu. To zdecydowanie bardzo bliska realizmowi opowieść o byciu innym i o tym, jak nieumiejętność chowania tego może być zbyt ciężka do uniesienia. Tylko inne, równie nierozumiane (i przez to niezrozumienie krzywdzone) osoby pozwolą nam (choćby i ledwo co) przetrwać i w ogóle mieć szansę na dorosłe życie – kiedy sami będziemy mogli decydować o tym, kim jesteśmy. Kim chcemy być. I w jakim chcemy żyć świecie. Ta część jest przerażająco intensywna i najboleśniejsza w całym tekście.

Jest to też opowieść o kształtowaniu świata i o błędach, które popełniamy, działając nawet z najlepszymi intencjami w sercu. Co jest tym naturalniejsze i trudniejsze zarazem, gdy pierwsza część twojego życia jest tak pełna niezrozumienia i krzywdy, jak w przypadku naszych bohaterek. I Laurence, i Patricia są ostatecznie jednostkami i dopiero w starciu swoich dwóch gałęzi wiedzy – magicznej i technologicznej – i połączeniu wspólnej empatii wobec ginącej Ziemi będą potrafili zrozumieć dosyć, by tę planetę naprawić. Tylko że najpierw będą musieli wspomnianą wiedzę zdobyć. A to może być trudne, gdy Laurence’a tak naprawdę nikt niczego już nie uczy, a nauczyciele Patricii odmawiają jej wiedzy w imię zasady (w wolnym tłumaczeniu) „czucia się ważniejszym niż się jest”, której nie wyjaśniają – bo jeszcze Patricia, chcąc czynić dobrze, narozrabia. Co jest z ich strony dość, chcąc nie chcąc, zarozumiałe.

*

Są też oczywiście w All the Birds in the Sky postaci queerowe, choć akurat ten aspekt zostaje tylko tu czy tam w powieści wspomniany i nie odgrywa wielkiej roli. Miło jednak je zobaczyć i mieć świadomość, że i one w tym świecie istnieją. I że dla nich także wydarzy się to szczęśliwe zakończenie.

A zakończenie to jest szczęśliwe w taki spokojny, kojący sposób. Nie przytłacza niedorzecznością i przekombinowaniem. Wręcz przeciwnie, jest ładnie i nienachalnie wbudowane w strukturę tej opowieści. I nawet mając swoje wątpliwości odnośnie tego, czy to wystarczy, wciąż je doceniamy. I mamy nadzieję, że wy też będziecie mogły je docenić.

Save