Zatrzymanie (Ginny Nawrocka)

Kominek ściąga moje spojrzenie, jakby faktycznie było tam coś wartego uwagi. Trochę bibelotów na półeczce, miseczka orzechów, dwie kartki. Dwie… „Wszystkiego najlepszego” mojej mamy kłuje ostrą szpileczką prosto w serce. Anka nie składa życzeń, proponuje tylko, że wpadnie z Tomkiem na weekend. Wyciągam komórkę z kieszeni – dwie nagrane wiadomości czekają, aż znajdę dla nich czas. Czas, myślę. I: ha. Skąd wiem, że te kartki stoją tu już pół roku? Znowu odblokowuję telefon.

– Pani Kwakier, muszę niestety przełożyć pani wizytę… – rozlega się ciepły głos mojej dentystki. Przyjmuję wiadomość spokojnie. Tak, mogę przyjść w poniedziałek, a nie jutro. Tak, to tylko rutynowa kontrola, nic nie szkodzi z tą zmianą. Czasami mam ochotę udusić tę kobietę z jej gadatliwą pogodnością skłonną stawić czoła wszystkiemu, co jej się w życiu przytrafi. Ale nie dziś.

Oddycham głęboko zanim znów spojrzę na telefon. Druga wiadomość wciąż na nim jest, nie znikła, jak przecież mogłaby. Kosmos, brzmi imię nadawcy, choć nie ja je do komórki wprowadzałam i Zeus mi świadkiem, nie mam pojęcia, kto inny mógłby to zrobić. Nie teraz, decyduję.

– Nie teraz – oświadczam pustemu mieszkaniu (nawet kota brak) i wychodzę do kuchni.

*

Szum czajnika wyrywa mnie z bezczasowego letargu. Dłoń zawisa nad pustym kubkiem – połowa cukru zdążyła wsypać się do środka, połowa zamarła razem ze mną, pozostając na łyżeczce.

– Herbata – mruczę, przypominając sobie samej o wrzuceniu do kubka torebki.

Pyk. To czajnik się wyłącza, jeszcze bardziej przywracając mnie do rzeczywistości. Zalewam herbatę, siadam do przerwanej książki. Jestem świetna we wmawianiu sobie, że nic takiego się nie stało. A że kłuje w sercu? To nic. To tylko jakaś choroba – pójdę do kardiologa i się dowiem, powtarzam obłe i gładkie niczym rzeczny kamyk kłamstwo. Tak łatwo je powiedzieć, zastanawiam się w chwili autorefleksji. „Nie ma się czym przejmować. Muszę być chora na serce. Od tego się tylko umiera”. Proste, dobre kłamstwo, chroniące przed prawdą. Kosmos wygląda na mnie spomiędzy kart książki.

*

– Herbata się skończyła – oznajmiam pustemu mieszkaniu z niejakim wyrzutem. Próbuję się nie rozpłakać, kiedy nikt mi nie odpowiada, ale dziś jest ten gorszy dzień. Dziś płaczę, zupełnie jakby naprawdę ktoś umarł.

*

Kosmos odwiedza mnie w snach. Zimny, głuchy, pusty – wszystkie gwiazdy są za daleko. Nie odebrałaś mojej wiadomości, mówi szumem fal grawitacyjnych. Dlaczego nie chcesz mnie wysłuchać, pyta ciemnością wpływającą w moje oczy. Czy już mnie nie kochasz, nalega brzękiem pękającego lustra teleskopu. Nie wiem, co odpowiedzieć. Nie wiem, co myśleć. Nie wiem, co… Czuję tylko tę nieprzyjemną igiełkę w sercu, tę z jawy. A ona… Kosmos patrzy na mnie wszystkimi swoimi zmysłami.

*

Budzę się, chyba w środku nocy, ale nie jestem w stanie powiedzieć. Tak naprawdę wcale nie jestem też tym snem przerażona. Moje serce bije spokojnie i spokojny mam oddech. Gruczoły potowe pracują w normalnym rytmie. A jednak…

Kosmos w telefonie szumi i trzeszczy niezrozumiale i już nie wiem, czy naprawdę chciała mi przekazać właśnie tamto. Słowa rwą się we mnie zanim zdążę je wypowiedzieć.

– Mamo – rzucam w końcu z trudem, ledwie słyszalnym szeptem.

Kosmos szumi i trzaska i wielorybi swą wiadomość.

– Zgubiłam się – nie mówię i mam wrażenie, że ona rozumie wszystkie sensy, które tym niemówieniem chcę przekazać, tak jak ja nie potrafię zrozumieć jej.

Cisza. Koniec nagranej wiadomości.

– Mamo – myślę, wyglądając w niebo, na którym nie widać żadnych gwiazd.

*

Dźwięk, którego przez kilka sekund nie potrafię z niczym skojarzyć. Potem przychodzą dwie świadomości. I might be wrong, rozpoznaję. I: to mój dzwonek w komórce. Odbieram, nawet nie patrząc na wyświetlacz.

– Hej, Zojka – odzywa się w słuchawce głos mojej siostry. – Wpadniemy dziś z Teresą, dobrze? Mamy ten film, który tak bardzo chciałaś obejrzeć…

Potok słów zalewa mnie aż po czubek głowy, ale milczę, nie przerywam, wciąż zbyt obolała po wizycie, by mówić. Czy dziś jest wtorek, przebiega mi przez głowę niczym małe płochliwe zwierzątko, uświadomienie. I: Teresa?

– Mhm – mruczę, kiedy ona domaga się odpowiedzi, bo na więcej nie mam siły.

Nie jestem pewna, czy to dobrze, że wpadnie burzyć ciszę pustego mieszkania. To nie jest dobrze, podpowiada kłucie w moim sercu, ale przecież nie muszę go słuchać. Mam własny rozum.

*

Anka przechodzi przez dom niczym wiosenna burza. Teresa śledzi ją tylko milcząco, przystając w progach kolejnych pomieszczeń, niepewna mnie i swojej obecności tutaj. Jakbym miała wybuchnąć – wyczytuję w jej sarnim spojrzeniu – nie metaforycznie, ale naprawdę i obie je poranić. To nie byłoby takie złe, myślę z odrobiną rozbawienia.

Anka nie mówi o tamtym. Nie pyta, kiedy wrócę, nie przypomina, kiedy sama ostatnio tu była. Wie, że zapomnę. To i tak dobrze, że pamiętam, kiedy dostałam kartki. Pół roku, obracam w głowie myśl i wiem – skądś przecieka do mnie świadomość – że miesiąc temu to też było pół roku i za miesiąc również będzie. Pół roku jest moją kotwicą.

*

Może powinnaś odejść, szepcze Kosmos w moich snach. Blaskiem odległych gwiazd wypala tę pytaniepropozycję pod moimi powiekami. Kusi bezgłębnością czarnych dziur. I tak jestem już daleko, myślę, przed oczami mając wciąż puste mieszkanie. I. Wcale nie miałam zatrzymywać się w pół drogi, przypominam sobie z żalem, gdy szpileczka dotyka drugiej ścianki mojego serca. Wcale, myślę, budząc się z płaczem.

Bydgoszcz, wrzesień 2017